Równość i Różnorodność

Wiosna 2014

Kolejnego kandydata z portalu randkowego skreśliłam już po przeczytaniu wiadomości. Nie musiałam nawet oglądać na żywo jego szanownego oblicza.

„Hello, mam na imię Ahmed. Jestem fizjoterapeutą w Egipcie. Bardzo chciałbym przyjechać do Anglii. Czuję, że możesz być dla mnie kimś ważnym. Jestem tradycjonalistą, ale uważam, że inna wiara u partnerki nie ma znaczenia. Uważam się za dobrego Muzułmanina, szanuję innych ludzi i kobiety. Żeby przyjechać do Manchesteru, potrzebowałbym wizy. Myślę, że możemy porozmawiać w międzyczasie na Skypie, jeśli miałabyś ochotę.”

Z osobistych przekonań i z uwagi na wykonywany zawód każdego człowieka, bez względu na wiarę, kolor skóry czy pochodzenie, uważam za równego sobie. „Równość i różnorodność” to przecież był jeden z pierwszych bardzo cennych kursów, które odbyłam po przyjeździe do Anglii. Nauczyłam się, że każdy człowiek jest inny, ale każdy powinien być traktowany w tak samo dobry sposób. Błąd. Nie nauczyłam się. Już wiedziałam to wcześniej, ale na kursie przedstawili tak prostą rzecz w bardzo ciekawy sposób, że zaczęłam myśleć o tym na nowo i z innej perspektywy.

W pielęgniarstwie nie ma miejsca na uprzedzenia, jest pomoc drugiemu człowiekowi, nieważne kim jest. To piękna ideologia, dlatego mam w sobie dumę, że jestem pielęgniarką i cenię ten zawód. Powinien być on respektowany. Niestety, w Polsce spotkałam się wielokrotnie z szydzeniem z pielęgniarstwa, z negatywną oceną, niemiłymi słowami od pacjenta w odniesieniu do wykonywanej pracy (typu „pielęgniarki piją jedynie kawę” czy „pielęgniarki są tylko od przewijania pampersów”). Nie rozumiem tego zjawiska. Czasem wydaje mi się, że praca w Anglii jest lżejsza, a cieszy się szacunkiem w społeczeństwie.

Wracając do Ahmeda, nie ujął mnie swoim listem. Co prawda skłonił mnie on do rozmyślań, jak by to było żyć z facetem innej wiary, ale kojarząc przypadki z polskiej telewizji typu „Taka wielka miłość Polki do Egipcjanina, a teraz uprowadził jej dzieci”, cieszyłam się, że mam do wyboru jeszcze kilka innych opcji.

***

Naszych podopiecznych w domu opieki odwiedziły psiaki! Pani zajmująca się dogoterapią przyniosła do nas piękne maluśkie pieski rasy Golden Retriever. Cztery małe słodziaki rozbiegły się po całym salonie, a to szczekając, a to bawiąc się wzajemnie. Coś niesamowitego. Nieopisana radość wśród tych moich kochanych staruszków. Nawet tym, którym zaawansowana demencja odebrała zdolność poruszania się i rozpoznawania najbliższych, uśmiechy nie schodziły z twarzy i cieszyli się jak dzieci z niespodziewanej wizyty piesków.

– Jakie one piękne, małe niedźwiadki. Za młodu, gdy mieszkałam w moim wiejskim domku, też mieliśmy takie pieski. I koty też mieliśmy… A ile wiewiórek biegało! – Nasza najstarsza, 102-letnia Teresa odpłynęła we wspomnieniach z młodości, głaszcząc jednego z Rotrieverów, który właśnie usadowił się jej na kolanach.

Oparta o framugę drzwi w przejściu do salonu obserwowałam ten obrazek. Tak niewiele trzeba, by tym starszym ludziom sprawić trochę radości. Osoby zarządzające moim domem opieki wiedziały, jak urozmaicić im czas, organizowali wiele ciekawych spotkań. A to zaprosili lokalną kwiaciarkę, która na na miejscu w salonie robiła pokazy dla rezydentów jak układać bukiety, czy zaprosili właścicielkę pobliskiej farmy, która przyniosła malutkie kaczuszki. Często same rodziny mieszkańców domu opieki wychodziły z inicjatywą, jakie spotkanie można by zaplanować, żeby wywołać uśmiechy na twarzy staruszków. Schorowane babuleńki piszczą z radości jak małe dziewczynki, bo mają okazję pogłaskać pieska czy kaczuszkę. Tak niewiele trzeba, by podnieść jakość życia tych ludzi.

Właśnie wtedy zaczął kiełkować w mojej głowie pewien pomysł. Gdy kiedyś wrócę do Polski, chciałabym założyć swój własny dom opieki. Placówkę, która będzie standardem przypominać ten angielski, w którym miałam okazję pracować. Pojedyncze, podwójne pokoje, salon, w którym staruszkowie mogliby wygodnie rozsiąść się w wygodnych fotelach, by pooglądać ulubiony serial. Cotygodniowe atrakcje, dogoterapia, hipoterapia, układanie kwiatów, zajęcia z ogrodnictwa czy z malowania – zrzeszające rezydentów domu opieki i okolicznych mieszkańców. Własna kuchnia/restauracja, która serwowałaby zdrowe posiłki nie tylko dla podopiecznych i personelu, ale również dla przejezdnych. Wszystko mogłoby być utrzymane nie w klimacie placówki medycznej, tylko domu, w której żyje jedna wielka rodzina. Gdzie wszyscy odnosiliby się do siebie z szacunkiem i serdecznością.

Tak oparta o framugę swojego angielskiego domu opieki, patrząc na biegające psy po pokoju, na radość moich podopiecznych cieszyłam się, że miałam możliwość pracować w domu opieki. To również zasługa nas, pielęgniarek, że końcówka życia rezydentów upływa w spokoju, że mają momenty radości, że każdy traktuje ich z szacunkiem, jak członków rodziny. Mimo że praca bywała fizycznie i psychicznie ciężka i odpowiedzialna, to w tym właśnie momencie uświadomiłam sobie, że ją kocham. Że dom opieki to mój drugi dom.

Subskrybuj nasz blog, by być na bieżąco z nowymi wpisami.

Leave a comment