Wpis autorstwa Pauliny Kubińskiej
Lato 2014
Pierwsze kilka dni po przeprowadzce do nowego domu spędziłam na rozpakowywaniu swoich rzeczy, upychaniu ciuchów w szafie, chowaniu do półek swoich dokumentów, książek. Arek miał już przygotowanie dla mnie miejsce. Chyba się nie spodziewał, ile rzeczy kobieta może nazbierać w ciągu dwóch lat. Jeszcze jeden rok w Anglii i musiałabym wynająć ciężarówkę. Skrzypce. Kompletnie nie wiedziałam, gdzie je wsadzić. Kupiłam pół roku temu, a nawet nie miałam ich w dłoni – poprzednim lokatorom bardzo przeszkadzał hałas. Po chwili namysłu znalazłam miejsce – zakurzony futerał wylądował na szafie.
Arek, chłopak którego poznałam przez portal randkowy, wynajmował dwupokojowe mieszkanie w wiktoriańskim szeregowcu. Na dole salon, na górze, po schodkach, dwie sypialnie. Jako że umowa na mieszkanie była na niego, ładniejszą, większą sypialnię zostawił dla siebie, a drugą podnajmował parze z Portugalii. Mieszkanko było ładne, czyste. Arek mieszkał już w Anglii 10 lat, dorobił się mebli, sprzętu elektronicznego. Do tego z tyłu domu był zabetonowany, malutki „ogródek”, tzw. yard. Arek z Portugalczykami wychodzili tam na papierosa. A w cieplejsze dni yard idealnie nadawał się na grilla.
Gdy już rozpakowałam swój dobytek, przyszła pora na opracowanie trasy do nowej pracy. Rowerem dojazd trwał jakieś 20 minut. Nie najgorzej. Praca zapowiadała się nieźle. Szef, Hindus, obiecał mi tydzień wprowadzenia do pracy, tak zwanego „induction”. Długość tego wprowadzenia zależy od pracodawcy, czasem dają tydzień, czasem dwa tygodnie, niektórzy nawet miesiąc czy dwa. Hindus założył, że jeżeli pracowałam już w domu opieki, to nie jest mi potrzebne wprowadzenie dłuższe niż tydzień, no chyba że będzie widział, że sobie nie radzę. Ten czas służy poznaniu pacjentów, współpracowników i topografii placówki.
Pierwszy dzień pracy przebiegał bez problemów. Nie spodziewałam się, że szef będzie mnie oprowadzał po domu osobiście! Przedstawiał mnie poszczególnym osobom, pacjentom. Zatrzymaliśmy się na chwilę przy pielęgniarzu, który akurat rozkładał leki.
– Cześć Carlise, jak się masz? Chciałbym przedstawić ci Paulę, nową pielęgniarkę.
Carlise zmierzył mnie wzrokiem i się uśmiechnął.
– Nareszcie nowa pielęgniarka! Miło mi cię poznać, Paula. – uśmiechnął się i zwrócił się do szefa: – Krishna, to możemy teraz porozmawiać o moim urlopie?
Wzrok Hindusa uciekł w bok. Nie patrząc na pracownika, rzekł z uśmiechem: – Oczywiście, Carlise. Porozmawiać, to my możemy zawsze – odpowiedział.
Po obejściu domu opieki Krishna, hinduski szef, zaprosił mnie do swojego gabinetu. Usiadłam naprzeciw niego. Miałam dostać do podpisania umowę, na razie dostałam jedynie wstępną. Po chwili podsunął mi papiery do podpisania. Zaczęłam powoli czytać. 44 godziny w tygodniu?!
– Krishna, przepraszam, ustalaliśmy, że będę pracować 33 godziny w tygodniu. Poproszę o korektę.
– Paula, zarobisz więcej, więcej urlopu – zaczął oponować szef.
– 33 godziny w tygodniu albo poszukam innej pracy – zdenerwowałam się. Hindus doskonale wiedział, że zależało mi na mniejszym kontrakcie. Rozmawialiśmy o tym już przy rozmowie o pracę. Nie potrzebowałam więcej godzin w pracy. W poprzednim domu opieki pracowałam po 4-5 dyżurów w tygodniu. Tym razem chciałam się skupić na tym, co najważniejsze. By być szczęśliwą, na pielęgnowaniu ogniska domowego, na podróżach. Nie wracałam już do pustego mieszkania, ktoś już tam na mnie czekał. Potrzebowałam więcej czasu dla siebie.
Zobaczyłam w oczach Hindusa złość. Zdziwiłam się, jak to zmieniło jego wyraz twarzy. Po rozmowie kwalifikacyjnej odniosłam wrażenie, że to bardzo sympatyczny człowiek. Gdybym zobaczyła tę złość wcześniej, nie wzięłabym tej pracy. Coś mi tutaj zaczęło śmierdzieć.
Dobrze, już zmieniam, jak sobie życzysz – powiedział Hindus, już z lekkim uśmiechem, ale ciągle z widocznym uporem na twarzy.
– Kochanie, jak było pierwszego dnia w pracy? – Weszłam do salonu, na kanapie siedział Arek, który patrzył na mnie znad komputera. Wstał, przywitał się. Po prawej stronie komputera stało piwo, a w lewej ręce ciągle trzymał papierosa. Był jakiś podekscytowany. Co on tam kombinował?
– Dobrze, przez tydzień mam wprowadzenie do pracy. Dostałam umowę o pracę. A u ciebie? – zapytałam. Widziałam, że ma coś ciekawego do zakomunikowania, bo aż przestępował z nogi na nogę.
– Wygrałem na zakładach sportowych 300 funtów! – krzyknął. To niespodzianka! Zakłady sportowe? Co to do licha jest? Po chwili już siedziałam na kanapie w kłębach dymu papierosowego, słuchając o zasadach zakładów sportowych przez internet. Zaniepokoiłam się. Tyle się nasłuchałam, naoglądałam filmów o uzależnieniach od hazardu. Ale Arek uspokoił mnie, zapewniając iż wie, że to tylko zabawa. Za połowę z wygranej zamierzał sobie kupić tablet, a za drugą dalej sobie pogra w zakłady od czasu do czasu. Ehh, nie będę się czepiać. Każdy może mieć jakąś słabość.
– Super, że wygrałeś. Gratuluję. Pójdę już spać. Kierownik ustawił mi grafik na trzy 12-godzinne dyżury pod rząd. Chciał mi wcisnąć czwarty, ale się nie zgodziłam – powiedziałam do Arka, dumna ze swojej asertywności. Ale on już zatopił się w wirtualnym świecie. Wzięłam swoją torebkę, szklankę wody do picia na noc i zaczęłam wchodzić po schodach do sypialni. Za plecami usłyszałam dźwięk otwierania kolejnej puszki z piwem.

Subskrybuj nasz blog, by być na bieżąco z nowymi wpisami.
Dopiero sie zorientowalam, ze bedzie ciag dalszy, a to jest druga (?) czesc. Te zaklady brzmia nieprzyjemnie znajomo niestety.
LikeLike