Buszując w kuchni brytyjskiej

Wpis i zdjęcia autorstwa Dominiki Janiczek

Kuchnia brytyjska nie należy do najbardziej znanych jak włoska czy francuska, aczkolwiek angielscy kucharze jak Gordon Ramsay czy Jamie Oliver są jednymi z najbardziej znanych na świecie. Poza tym, Wielka Brytania może się pochwalić ponad setką restauracji oznaczonych gwiazdką Michelina. Poniżej odnajdziecie link do listy wyróżnionych restauracji:
(https://guide.michelin.com/gb/en/article/michelin-star-revelation/the-full-list-of-michelin-star-restaurants-in-the-great-britain-ireland-guide-2022)

Brytyjczycy rzadko gotują i mają zwyczaj chodzenia do pubów, restauracji i spotykania się w gronie rodzinnym lub znajomych oraz kupowania gotowych potraw.
Wielka Brytania, a zwłaszcza duże miasto jak Londyn jest tyglem kulturowym, a co za tym idzie jednocześnie mieszanką kuchni europejsko-azjatycko-afrykańskiej. 20 procent Londyńczyków to obcokrajowcy.
Widoczny jest ogromny wpływ kuchni indyjskiej. Gdy zapytasz Brytyjczyka o narodową potrawę to prawdopodobnie usłyszysz, że jest to ,,chicken curry’’( kurczak z curry) lub chicken korma, czy też tikka masala, które wywodzi się z kuchni indyjskiej. Te dania są tak popularne i zakorzenione w brytyjskiej kuchni, że stały się jej częścią.

English Breakfast

Prawdopodobnie najbardziej znaną potrawą i jednocześnie posiłkiem jest angielskie tudzież brytyjskie śniadanie, które jest również atrakcją turystyczną.
Gdy udamy się do Walii zostanie nam zaserwowane walijskie (Welsh), do Szkocji szkockie (Scotish), Kornwalii (Cornish) śniadanie. Trudno w nich zauważyć różnicę, gdyż wynika głównie ze stosowania lokalnych składników.
Brytyjczycy są bardzo dumni i przywiązani do swojego tradycjonalnego śniadania. Do tego stopnia, że podróżując po Europie czy nawet po świecie, często wymagają aby było ono obecne w menu. Zdarza się, że wyrażają niezadowolenie gdy zamiast niego serwowane jest tzw. kontynentalne śniadanie, przez nich samych tak nazywane.
W skład English breakfast wchodzą takie składniki jak pieczona kiełbasa, fasolka w sosie pomidorowym, smażony boczek, pieczarki, pomidor, zazwyczaj serwowany z chlebem tostowym oraz tzw. hash brown, który jest trójkątnym plackiem ziemniaczanym. I tak śniadanie może mieć 600 kalorii w ubogiej wersji oraz do 1000 kalorii w tzw. full english breakfast – pełnym śniadaniu angielskim. Trudno nie odnieść wrażenia, że zbyt częste jedzenie English Breakfast może skończyć się podwyższonym cholesterolem i bólem w okolicy wątroby!
Występują również puby, w których są szwedzkie stoły, gdzie asortyment jest jeszcze bogatszy i zawiera dodatkowo jajecznicę lub jajko sadzone, pieczone ziemniaki bądź yorkshire pudding, będącym odmianą chleba wykonanego z ciasta podobnego do naleśników. Również można dostać black pudding, który jest odpowiednikiem kaszanki 🙂
Takie śniadanie zaserwowałam mojej mamie, która była niezwykle zdumiona jego wielkością. I oczywiście padło pytanie ,,I wy to jecie na śniadanie?!’’ze zdziwionym wyrazem twarzy. Po takim śniadaniu nie czuje się głodu przez cały dzień. Toteż moja mama odmówiła później obiadu 🙂

Alternatywą dla angielskiego śniadania mogą być tosty z marmoladą czy dżemem lub owsianka często serwowana z miodem i owocami. Zamiast angielskiego śniadania można zamówić również jajka po benedyktyńsku czyli jajka w koszulce serwowane na bułce z boczkiem z sosem holenderskim (polecam przepis Pascala na jajka po benedyktyńsku, który można odnaleźć na youtube). W internecie można również znaleźć przepis na wegańskie angielskie śniadanie! Natomiast full English breakfast znajdziecie np. na Top Gar – youtube.

Fish & Chips

Innym bardziej znanym daniem jest Fish & Chips czyli ryba z frytkami. Nie mylić chips z chipsami, które w UK nazywa się crisps (crispy znaczy chrupiący).
Na Wyspach Brytyjskich potrawa została rozpowszechniona w XIX wieku dzięki rozwojowi floty rybackiej i transportu kolejowego, który spowodował znaczne obniżenie cen ryb.
Danie to jest popularne również w Australii, Kanadzie, Nowej Anglii w Stanach Zjednoczonych, a także w Irlandii i Południowej Afryce, spopularyzowane za czasów Imperium Brytyjskiego.
Frytki nie pochodzą z UK a z Belgii, gdzie zamiast ryby z powodu jej braków zaczęto serwować frytki kształtem przypominające ryby.
W Wielkiej Brytanii Fish & Chips jest serwowane na co dzień. Można powiedzieć, że jest to potrawa narodowa, w której Brytyjczycy się specjalizują. Gdy mówię, że w Polsce na Wigilię serwuje się rybę, widać niedowierzanie i zdziwienie, bo jak tak zwyczajne danie może być serwowane w tak wyjątkowy dzień.
Fish & chips – brytyjskie danie składające się ze smażonej ryby w cieście oraz frytek, skrapianych octem słodowym. Opcji z octem do tej pory nie spróbowałam.
Występuje specjalna receptura wykonania ryby, która obtaczana jest w mące z dodatkiem proszku do pieczenia, ewentualnie z piwem i smażona na głębokim oleju. Serwowana jest zazwyczaj z gotowanym groszkiem oraz sosem tatarskim i plasterkiem cytryny. Niegdyś podawana tradycyjnie w gazecie. Jak można się domyśleć, danie to nie należy do najmniej kalorycznych. Rzadko spotyka się sałatę jako dodatek, a już tym bardziej surówkę. Jest nawet dowcip : ,,Po czym poznać Polaka na stołówce? – Bo nakłada sałatę‘’.
Fish & Chips jest najbezpieczniejszą opcją, która na pewno będzie smakować. Ryby będą świeże – w końcu wszędzie jest blisko do morza, a frytki będą pokaźnych rozmiarów i smaczne.
Przepis na fish & chips można znaleźć na youtube z ,,okrasowymi’’ wariacjami 🙂

Sunday Roast

Mniej znaną opcją jest Sunday roast czyli niedzielna pieczeń. Pieczeń może stanowić mięso wołowe, wieprzowina, indyk lub kurczak. A więc do wyboru do koloru :). Mięso zazwyczaj jest delikatne, miękkie i serwowane z dodatkiem ,,gravy’’- czyli sosu o kremowej konsystencji, brązowej barwy w towarzystwie pieczonych ziemniaków lub frytek, gotowanych warzyw oraz Yorkshire pudding. Bogatsza wersja zawiera ,,staffing’’ czyli kulki mięsne z mięsa mielonego, bułki tartej oraz warzyw i ziół.
Sunday Roast jest zdecydowanie moim ulubionym daniem kuchni brytyjskiej.

Pie

Pie czyli ciasto może mieć różną postać. Często nadziewane mięsem bądź warzywami, lub ich kombinacją.
Przykładem może być Shepherd’s pie, które stanowi mięso wołowe z warzywami pokryte pierzynką z puree ziemniaczanego oraz Fishpie z rybą i ziemniakami. Oba dania bardzo smaczne, aczkolwiek rzadko spotykane w menu.
Innym klasycznym przykładem jest Cornish pasty z Kornwalii, z wołowiną i warzywami. Świeża, z chrupiącym ciastem jest znakomita i jedną z moich ulubionych.

Jacket potatoes

Pieczone ziemniaki w koszulce z dodatkiem masła i sera żółtego typu Cheddar lub z fasolą w sosie pomidorowym. Można samemu wykonać w domu, również z dodatkiem tuńczyka, kukurydzy czy sałatką dla urozmaicenia. Smaczna i prosta potrawa.

Haggis

Przyszedł czas na szkockie tradycyjne specjały takie jak Haggis z podrobów owczych.
Po dwóch latach pandemii udało mi się dotrzeć do Szkocji i spróbować tego dania. Świadomość pochodzenia potrawy może zniechęcić. Jednak ja byłam pozytywnie zaskoczona jej prostotą i smakiem. Podroby owcze z dodatkiem cebuli oraz płatków owsianych, serwowane tradycyjnie z ziemniakami i brukwią oraz sosem z whisky – są smaczne i sycące. Haggis podawany jest również ze szkockim śniadaniem i dla mnie taka opcja brytyjskiego śniadania jest najlepsza. Przede mną na pewno jeszcze wiele do spróbowania jak np. szkockie jajka.

Podsumowując kuchnia brytyjska niewątpliwie ma dużo do zaoferowania i może zaskoczyć bogactwem smaków. Warto próbować nowych potraw i odkrywać nowe smaki.

Wpis ten dedykuję moim znajomym, dzięki którym na nowo odkryłam kuchnię brytyjską 🙂

Subskrybuj nasz blog, by być na bieżąco z nowymi wpisami.

Awans zawodowy pielęgniarki w NHS

Wpis autorstwa Kingi Cholewy

Awans w NHS powiązany jest ścisle z siatką płac tzw Agenda of Change, która jest regulowana przez rząd.
Siatka płac opisana jest jako band 2-8 i dotyczy wszystkich pracowników medycznych i administracyjnych w NHS, poza lekarzami. Bandy 2-8 to widełki płac przewidziane dla konkretnego stanowiska pracy. Każda pielęgniarka po uzyskaniu prawa zawodu zaczyna na band 5 i co roku otrzymuje podwyżkę, aż osiągnie górny pułap przewidziany dla jej bandu. Przejście na kolejny band wiąże się z awansem i nowymi obowiązkami.

Kto pracuje na bandzie 2-9 w zawodach medycznych?
Band 2 – porterzy, Health Care Assistants
Band 3 – Health Care Assistants z dodatkowymi uprawnieniami np. cewnikowaniem
Band 4 – Nursing Associate, pielęgniarka czekająca na rejestrację w NMC
Band 5 – pielęgniarki z PIN (staff nurse)
Band 6 – Junior Sister, Charge Nurse, Clinical Specialist Nurse
Band 7 – ward manager, senior team leader, Advanced Nurse Practitioner
Band 8 – matron, pielęgniarka ze specjalizacją np. Clinical Lead for Infection Control
Dodatkowo na poziomie band 8 wyróżnia się stopnie: 8a, 8b, 8c są to najwyższe i najlepiej płatne stanowiska w NHS np. head of nursing, director of nursing itd.
Band 9 – rzadko spotykane, niektóre szpitale nie przewidują stanowisk na tym stopniu. Przykładowa pozycja: Chief Nurse.
Od 2018 roku nie istnieje już poziom band 1 w NHS i najniższe stanowiska z płacą minimalną rozpoczynają sie na band 2.

Warto pamiętać, że jeżeli masz doświadczenie pielęgniarskie z Polski lub innego państwa to możliwe jest negocjowanie i start z wyższego poziomu widełek.
Pielęgniarka z PINem (rejestracją w NMC) bez doświadczenia zaczyna pracę na najniższym poincie band 5. Wraz z upływem lat zarobki wzrastają aż do osiągniecia górnych widełek zarobków tzw. top band. Od tego momentu, jeżeli pielęgniarka nie zdecyduje się na aplikowanie o band 6 to zarobki pozostaną na tym poziomie aż do emerytury/odejścia z NHS. Nie znam przypadku, aby ktoś zaczał na wyższym bandzie bez doświadczenia w UK jeśli wcześniej nie pracował w państwie anglojęzycznym.


Ścieżki awansu
Decydując się na aplikowanie na wyższy band, zachęcam do zastanowienia się nad własnymi zainteresowaniami i oczekiwaniami co do swojej kariery. Im wyższy band tym trudniej zmienić specjalizacje bez cofania sie do niższego bandu.

Generalnie istnieją trzy główne ścieżki rozwoju dla pielęgniarek:
– management (zarządzanie)
– specialist nurse (specjalizacje)
– practice development (edukacja personelu)
Management: najbardziej popularna ścieżka ze względu na dostępność wakatow, sprawdza się u osób, które lubią zarządzać personelem, rozwiązywać konflikty, a także wprowadzać w życie różne zasady i protokoły (najczęsciej z góry narzucone przez senior management). Przydaje się pewność siebie, asertywność i umiejętności negocjacyjne. Im wyższy band tym mniej kontaktu z pacjentem, a wiekszy nacisk jest na project management, osiąganie targetów itp. Z management na wyższych bandach może być trudno przenieść się na specjalizacje bez cofniecia się do niższego bandu.
Specialist Nurse: Bardzo ciekawa opcja dla pielegniarek zainteresowanych określoną specjalizacją. Konieczne jest pewne kierunkowe doświadczenie, ale zazwyczaj nie trzeba żadnych kursow, aby awansować na band 6. Specialist nurse samodzielnie, w ramach swoich kompetencji prowadzi pacjentów z określona jednostką chorobową np. astmą, cukrzycą, zakrzepami itd. Im wyższy band tym pielęgniarka posiada więcej kompetencji, szkoleń i kursów za które płaci szpital. Osiągając poziom band 8 pielęgniarka ma podobne uprawnienia jak junior doctor w danej specjalizacji. Specjalizacji jest bardzo wiele, przykładowo Clinical Specialist Nurse może przepisywac leki, wykonywać biopsje, zabiegi endoskopowe itp. W każdym szpitalu zakres obowiazkow może się trochę różnić np. w jednym szpitalu pain nurse przepisywała leki, a w innym tylko prowadziła szkolenia z obslugi pomp.
Practice Development: Idealne dla osób, które lubią edukowac, interesują się nowinkami. Practice educator/practice development nurse koncentruje się na prowadzeniu szkoleń zarówno obowiązkowych jak i dodatkowych. W niektórych szpitalach practice development nurse obserwuje nowozatrudnione pielegniarki i podpisują dzienniczki z umiejętnościami wymaganymi na danym stanowisku. Współpracują też z managerami i pielęgniarkami specjalistycznymi uaktualniając różne procedury zgodnie z najnowszą wiedzą medyczna. Kontakt z pacjentami jest znikomy.

Jak awansować w NHS?
Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna, bo w NHS nie ma jednej recepty na sukces.

Z obserwacji i mojego doświadczenia wynika, że liczą się:
1) doświadczenie zawodowe
2) umiejętność wstrzelenia się w klucz odpowiedzi podczas interview
3) znajomości
4) Kursy i umiejetnosci

Doświadczenie zawodowe
Nie ma konkretnej odpowiedzi ile wymaga się doświadczenia, aby awansować na band 6. Większość ofert wymaga przynajmniej 2 lata doświadczenia zawodowego na band 5. Znam jednak osoby, które uzyskały band 6 po kilkunastu miesiącach, bo aplikowały na swoim oddziale i znały pracę od podszewki. Dlatego zawsze warto próbować.
Jeżeli aplikujesz na clinical specialist nurse role to w wiekszości przypadków preferowane jest doświadczenie kierunkowe np. na urologii, aby zostać pielegniarką urologiczną.
Umiejętność wstrzelenia się w klucz odpowiedzi podczas interview
Pomijając punkt 1 to najważniejszy aspekt gwarantujący zatrudnienie. W ramach equality każdy kandydat otrzymuje identyczny zestaw pytań i oceniany jest czy zastosował odpowiednie słowa kluczowe. Mimo, że teoretycznie chodzi o unikniecie faworytyzmu tylko częściowo zgadzam sie z taką polityką rekrutacji, ponieważ może prowadzić do nadużyć. Przykładowo ktoś z dobrymi umiejętnościami, ale niezbyt komunikatywny może nie uzyskać pracy i odwrotnie. Warto dobrze przygotować się do interview, szczególnie polecam już gotowe odpowiedzi na pytania (znajdziecie bardzo łatwo na Youtube). Przyznam, że poznanie klucza to był główny aspekt, który przyczynił się do uzyskania band 6, a teraz band 7. Skorzystałam z rad z internetu i pewnej osoby, ktora doradziła mi jakich słów kluczowych używać i według otrzymanego feedbacku dostalam 100% punktów na ostatnim interview.
Oczywiście może się zdarzyć, że odpowiadaliście koncertowo a i tak pracy nie dostaliście. Wtedy możliwe są dwie opcje: ktoś dostał po znajomosci albo otrzymał ktoś identyfikujący się jako BAME (jest to zgodne z prawem, że szpitale moga preferować osobę inną niż biała jeśli posiada takie same umiejętnosci i odpowiadała równie dobrze na pytania, a w danym miejscu są w mniejszości na wyższych stanowiskach).
Znajomości
Osoby z doświadczeniem w NHS myśl, że się ze mną zgodzą, że znajomości często gwarantują awans. Oczywiście o tym się otwarcie nie mówi i rekrutacja musi mieć pozory obiektywności. Zazwyczaj to wyglada tak, że manager czy matron proponuje awans konkretnej osobie i potem przechodzi się przez standardowe interview z tym, że wiesz, że je przejdziesz. Piszę o tym, bo czasami trudno jest uzyskać wymarzony awans ze względu na takie praktyki. Udowodnić osobie z zewnątrz też trudno. Dlatego nie załamujcie się pierwsza porażką, jeśli nie uda się w jednym miejscu to uda się w następnym.
Kursy i umiejętności
Postanowiłam wspomnieć o tym na ostatnim miejscu, ponieważ umiejętności i kursy mają znaczenie drugorzędne gdy aplikuje się na pozycję band 6. Wyjątkiem jest critical care i A&E gdzie bez odpowiednich kursów nie ma szans na awans. Jednak w przypadku oddziałów, często lista wymaganych kursow jest podana w job description i dobrze je mieć, ale z mojego doświadczenia wynika, że i tak otrzymuje się odpowiednie szkolenia, szczególnie jeśli rozpoczynasz prace w nowym szpitalu.
Aplikując na wyższe stanowiska, szczególnie w scieżce specjalistycznej band 7 i 8 będą wymagane konkretne umiejętnosci, w scieżce zarządzania – niekoniecznie co jest bolączką NHS.

Mam nadzieję, że pokrótce przedstawiłam ścieżkę kariery pielęgniarskiej. Chętnie odpowiem na dodatkowe pytania.

Małe słabości

Wpis autorstwa Pauliny Kubińskiej

Lato 2014

Pierwsze kilka dni po przeprowadzce do nowego domu spędziłam na rozpakowywaniu swoich rzeczy, upychaniu ciuchów w szafie, chowaniu do półek swoich dokumentów, książek. Arek miał już przygotowanie dla mnie miejsce. Chyba się nie spodziewał, ile rzeczy kobieta może nazbierać w ciągu dwóch lat. Jeszcze jeden rok w Anglii i musiałabym wynająć ciężarówkę. Skrzypce. Kompletnie nie wiedziałam, gdzie je wsadzić. Kupiłam pół roku temu, a nawet nie miałam ich w dłoni – poprzednim lokatorom bardzo przeszkadzał hałas. Po chwili namysłu znalazłam miejsce – zakurzony futerał wylądował na szafie.

Arek, chłopak którego poznałam przez portal randkowy, wynajmował dwupokojowe mieszkanie w wiktoriańskim szeregowcu. Na dole salon, na górze, po schodkach, dwie sypialnie. Jako że umowa na mieszkanie była na niego, ładniejszą, większą sypialnię zostawił dla siebie, a drugą podnajmował parze z Portugalii. Mieszkanko było ładne, czyste. Arek mieszkał już w Anglii 10 lat, dorobił się mebli, sprzętu elektronicznego. Do tego z tyłu domu był zabetonowany, malutki „ogródek”, tzw. yard. Arek z Portugalczykami wychodzili tam na papierosa. A w cieplejsze dni yard idealnie nadawał się na grilla.

Gdy już rozpakowałam swój dobytek, przyszła pora na opracowanie trasy do nowej pracy. Rowerem dojazd trwał jakieś 20 minut. Nie najgorzej. Praca zapowiadała się nieźle. Szef, Hindus, obiecał mi tydzień wprowadzenia do pracy, tak zwanego „induction”. Długość tego wprowadzenia zależy od pracodawcy, czasem dają tydzień, czasem dwa tygodnie, niektórzy nawet miesiąc czy dwa. Hindus założył, że jeżeli pracowałam już w domu opieki, to nie jest mi potrzebne wprowadzenie dłuższe niż tydzień, no chyba że będzie widział, że sobie nie radzę. Ten czas służy poznaniu pacjentów, współpracowników i topografii placówki.

Pierwszy dzień pracy przebiegał bez problemów. Nie spodziewałam się, że szef będzie mnie oprowadzał po domu osobiście! Przedstawiał mnie poszczególnym osobom, pacjentom. Zatrzymaliśmy się na chwilę przy pielęgniarzu, który akurat rozkładał leki.

– Cześć Carlise, jak się masz? Chciałbym przedstawić ci Paulę, nową pielęgniarkę.

Carlise zmierzył mnie wzrokiem i się uśmiechnął.

– Nareszcie nowa pielęgniarka! Miło mi cię poznać, Paula. – uśmiechnął się i zwrócił się do szefa: – Krishna, to możemy teraz porozmawiać o moim urlopie?

Wzrok Hindusa uciekł w bok. Nie patrząc na pracownika, rzekł z uśmiechem: – Oczywiście, Carlise. Porozmawiać, to my możemy zawsze – odpowiedział.

Po obejściu domu opieki Krishna, hinduski szef, zaprosił mnie do swojego gabinetu. Usiadłam naprzeciw niego. Miałam dostać do podpisania umowę, na razie dostałam jedynie wstępną. Po chwili podsunął mi papiery do podpisania. Zaczęłam powoli czytać. 44 godziny w tygodniu?!

– Krishna, przepraszam, ustalaliśmy, że będę pracować 33 godziny w tygodniu. Poproszę o korektę.

– Paula, zarobisz więcej, więcej urlopu – zaczął oponować szef.

– 33 godziny w tygodniu albo poszukam innej pracy – zdenerwowałam się. Hindus doskonale wiedział, że zależało mi na mniejszym kontrakcie. Rozmawialiśmy o tym już przy rozmowie o pracę. Nie potrzebowałam więcej godzin w pracy. W poprzednim domu opieki pracowałam po 4-5 dyżurów w tygodniu. Tym razem chciałam się skupić na tym, co najważniejsze. By być szczęśliwą, na pielęgnowaniu ogniska domowego, na podróżach. Nie wracałam już do pustego mieszkania, ktoś już tam na mnie czekał. Potrzebowałam więcej czasu dla siebie.

Zobaczyłam w oczach Hindusa złość. Zdziwiłam się, jak to zmieniło jego wyraz twarzy. Po rozmowie kwalifikacyjnej odniosłam wrażenie, że to bardzo sympatyczny człowiek. Gdybym zobaczyła tę złość wcześniej, nie wzięłabym tej pracy. Coś mi tutaj zaczęło śmierdzieć.

Dobrze, już zmieniam, jak sobie życzysz – powiedział Hindus, już z lekkim uśmiechem, ale ciągle z widocznym uporem na twarzy.


– Kochanie, jak było pierwszego dnia w pracy? – Weszłam do salonu, na kanapie siedział Arek, który patrzył na mnie znad komputera. Wstał, przywitał się. Po prawej stronie komputera stało piwo, a w lewej ręce ciągle trzymał papierosa. Był jakiś podekscytowany. Co on tam kombinował?

– Dobrze, przez tydzień mam wprowadzenie do pracy. Dostałam umowę o pracę. A u ciebie? – zapytałam. Widziałam, że ma coś ciekawego do zakomunikowania, bo aż przestępował z nogi na nogę.

– Wygrałem na zakładach sportowych 300 funtów! – krzyknął. To niespodzianka! Zakłady sportowe? Co to do licha jest? Po chwili już siedziałam na kanapie w kłębach dymu papierosowego, słuchając o zasadach zakładów sportowych przez internet. Zaniepokoiłam się. Tyle się nasłuchałam, naoglądałam filmów o uzależnieniach od hazardu. Ale Arek uspokoił mnie, zapewniając iż wie, że to tylko zabawa. Za połowę z wygranej zamierzał sobie kupić tablet, a za drugą dalej sobie pogra w zakłady od czasu do czasu. Ehh, nie będę się czepiać. Każdy może mieć jakąś słabość.

– Super, że wygrałeś. Gratuluję. Pójdę już spać. Kierownik ustawił mi grafik na trzy 12-godzinne dyżury pod rząd. Chciał mi wcisnąć czwarty, ale się nie zgodziłam – powiedziałam do Arka, dumna ze swojej asertywności. Ale on już zatopił się w wirtualnym świecie. Wzięłam swoją torebkę, szklankę wody do picia na noc i zaczęłam wchodzić po schodach do sypialni. Za plecami usłyszałam dźwięk otwierania kolejnej puszki z piwem.

Subskrybuj nasz blog, by być na bieżąco z nowymi wpisami.

Tabula rasa

Wpis autorstwa Pauliny Kubińskiej

Lato 2014

Nasza seniorka w domu opieki, 102-letnia Teresa, zaczęła płakać. Objęłam ją ramieniem. Próbowałam ją pocieszyć, ale wywołało to odwrotny efekt.

– Co my bez ciebie zrobimy… – wyszlochała, zanosząc się łzami. O tym, że odchodzę, usłyszała w złym momencie. Właśnie miała zaostrzenie choroby. Z trudem łapała oddech przez przewlekłą obturacyjną chorobę płuc. Jest to choroba nieuleczalna, charakteryzuje się ograniczeniem przepływu powietrza przez drogi oddechowe. Wszelkie medyczne działania mają na celu poprawienie komfortu pacjenta i spowolnienie procesu choroby. Dolegliwość ta niosła za sobą nieprzyjemne objawy, takie jak kaszel, uczucie ciasnoty w klatce piersiowej i duszność. Krótkotrwałą ulgę niosły inhalacje i leki. Jednakże choroba ta może prowadzić do niewydolności oddechowej, a z nią walczy się już w szpitalu. A Teresa nie zamierzała być już hospitalizowana, jej życzeniem było umrzeć w domu.

Po domu opieki rozniosła się już wieść, że odchodzę. Zamierzałam się wyprowadzić jedynie 50 kilometrów od Manchesteru. Nie jest to dużo, obiecywałam współpracownikom i przede wszystkim sobie, że będę odwiedzać to miejsce, gdzie swoich podopiecznych pokochałam jak członków rodziny.

Co skłoniło mnie do tak nagłej przeprowadzki? Wśród wiadomości na portalu randkowym znalazła się jedna, która mnie zaciekawiła. Pierwsza randka, później kolejne. On z innego miasta. Odwiedzaliśmy się co weekend. Raz on przyjeżdżał do mnie, raz ja wybierałam się szybkim pociągiem do jego miasta. Zobaczyłam, że można zacząć żyć inaczej, zaczęłam poznawać nowych ludzi. Zachłysnęłam się zabawą, imprezami do rana, suto zakrapianymi alkoholem. Szybko usłyszałam zapytanie o wspólne mieszkanie. Na początku ucieszyłam się, ale i przeraziłam tym tempem. No i zdarzyło się coś, co przyśpieszyło moją decyzję.

– Zapłacę ci, żebyś się wyniosła – zaproponował Karol. Współlokatorzy – Karol ze swoją dziewczyną – mieli trudności w wynajęciu swojego mieszkania. Nadal mieszkali w trzecim pokoju, o metrażu dwa na dwa metry, i kombinowali, jak poszerzyć swój horyzont. Z zazdrością spoglądali na mój dwuosobowy pokój, w którym było pełne umeblowanie, a u nich mieścił się jedynie materac i wąska szafka. Czekali, aż zechcę się dobrowolnie wyprowadzić, wspomagając to ciągłym obgadywaniem i tworzeniem dziwnych historii na mój temat.

Propozycja Karola nie tyle mnie zaskoczyła, co bardziej zmotywowała do myślenia o wyprowadzce. Wtedy odczułam, że w tym mieszkaniu nie mogę już dłużej zostać. Po prostu mnie tu nie chcieli, nie pasuję do obrazka. Propozycja przeprowadzki do nowego miasta zaczęła bardzo mi odpowiadać. Po prostu tak miało być.

Rozpoczęłam od szukania pracy w nowym mieście. Wrzuciłam swój życiorys na stronę internetową, zajmującą się rekrutacją pracowników. Rozdzwoniły się telefony. Tego się nie spodziewałam. Pielęgniarki w Anglii są bardzo poszukiwane, młode Angielki niechętnie podejmują się studiów na tym kierunku. Rekruter zaplanował mi na jeden dzień trzy rozmowy kwalifikacyjne.

W każdym z domów opieki trzeba było zdać odpowiedni test z leków, było też trochę pytań sprawdzających poziom języka angielskiego. Żaden z tych trzech domów nie przypominał mojego w Manchesterze.

– Chcesz dostać się później do szpitala? Jeżeli przyjmiesz pracę w naszym domu opieki, później na pewno ją dostaniesz – powiedział rekrutujący mnie Hindus. Złożyłam już aplikację do szpitala jakiś czas temu, bez odzewu. Musiałam wziąć inną pracę.

– To nie jest zwykły dom opieki. To placówka oceny pielęgniarskiej. Tu masz szansę się dużo nauczyć. Pacjenci, którzy zostali wypisani ze szpitala, a jeszcze nie radzą sobie sami w domu, przychodzą do naszej placówki. My oceniamy tutaj, czy wymagają pomocy opiekuna przychodzącego trzy razy dziennie, czy całodobowo, czy raczej trzeba wysłać ich gdzie indziej, na przykład do domu opieki czy na oddział rehabilitacji – uśmiechnięty Hindus dalej opowiadał w superlatywach o ofercie pracy i przekonywał mnie, bym ją przyjęła. Zadałam kilka pytań, o zarobki, benefity, o liczbę pacjentów przypadających na jedną pielęgniarkę. Wszystko brzmiało bardzo dobrze. Jeszcze tego samego dnia, zmęczona rozmowami o pracę, ale zadowolona z siebie, trzymałam w ręku wstępną umowę. Czułam, że będę tu bardzo szczęśliwa.

W Manchesterze, w dzień przeprowadzki, pakując powoli swoje rzeczy w kartony, wspominałam tutaj spędzony czas. Szkolenia z różnic w pielęgniarstwie w Derby, pierwszy dzień w pracy, wizyty rodziców i nowe znajomości. Tak wiele się zmieniło, od kiedy tu przyjechałam. Drzwi od domu zatrzasnęłam za sobą ze złością, bo pokłóciłam się na samo zakończenie ze współlokatorami o niesprawiedliwe rozliczenie rachunków. Ach, ten „piniądz”. Mimo że w końcu udało się ustalić, komu po ile, ciągle czułam niesmak spowodowany nieprzyjemnym rozstaniem.

Zostawiłam Manchester za sobą. Na widok nowego domu westchnęłam z ulgą. Nowa praca, nowe miasto. Stoke on Trent. Tym razem miałam oparcie, nie byłam sama. Zaczynałam znowu budować coś od początku. Od nowa. Czysta karta.

Subskrybuj nasz blog, by być na bieżąco z nowymi wpisami.

Pokolenie 1500 brutto

Wpis autorstwa Pauliny Kubińskiej

Wiosna 2014

W końcu nadszedł wyczekany czas urlopu. Pięć dni. Wiedziałam, że minie jak z bicza strzelił, dlatego skrzętnie zapisałam sobie na kartce, co planuję na każdy wolny dzień. Trzeba iść na przegląd do dentysty, bo w Anglii drogo, a poza tym nie ma to jak Polski dentysta. Mimo, że już potrafiłam bez problemu płynnie się porozumieć w języku angielskim, obawiałam się, że będzie jak w tym kawale:

Przychodzi Polak do angielskiego dentysty w Londynie i pokazuje palcem bolący ząb mówiąc:
– Tu.
Dentysta wyrwał mu dwa zęby, ale nie bolącego. Na to Polak mówi z bólem, znów pokazując:
– Nie tu, TEN !!!

Jeden dzień przeznaczyłam na zakupy. Wolę kupować ubrania w polskich butikach i poszperać trochę w lumpeksach w poszukiwaniu skarbów – to jeszcze takie przyzwyczajenie z czasów, gdy na pielęgniarskim etacie dostawałam za miesiąc pracy 1500 złotych. Koleżanki Angielki prosiły, abym przywiozła im polską kiełbasę w prezencie z podróży. Poszłam do delikatesów, kupiłam naręcze kiełbasy. Po chwili namysłu kupiłam jeszcze czekoladki. Odwiedzę dziewczyny z mojej starej pracy w szpitalu w Gdańsku, zaniosę im coś słodkiego. Ciekawe, czy przez dwa lata mojej nieobecności się coś zmieniło.

– Paula!! Na ulicy bym cię nie poznała! – krzyknęła pielęgniarka zabiegowa, widząc mnie w korytarzu. Rzeczywiście, przefarbowałam włosy z ciemnego koloru na blond, przytyłam 10 kilo, co zawdzięczam angielskim maślanym herbatnikom. Rozgościłam się w dyżurce, zaparzyłam sobie kawę. Po chwili zleciały się dziewczyny, żeby zamienić chociaż kilka słów.

– Opowiadaj, jak ci tam jest!

Dziewczyny z uwagą słuchały opowieści o pielęgniarstwie w dalekim świecie. O bajkowym domu opieki, o szacunku do pielęgniarek. O świecie, w którym pielęgniarka zarządza zespołem opiekunów, a nie jest człowiekiem „od wszystkiego”.

Nie jedna z moich koleżanek z poprzedniej pracy deklarowała, że również by wyjechała, ale za dużo trzyma w Polsce – kredyt, rodzina, kot, pies. No i nieznajomość języka angielskiego.

– A co u was, kobietki, jakieś zmiany? Podwyżki? Jakieś nowe pielęgniarki? – badałam sytuację. Tęskniłam za Polską. Anglia, mimo że oferowała mi lepszą pracę, kojarzyła mi się dotąd z ogromną samotnością. Zerwane zaręczyny, nieudane randki, a nawet we własnym mieszkaniu zaczęłam czuć się jak intruz. Ale w życiu wtedy bym się przed koleżankami z pracy do tego nie przyznała. Chciałam pokazać się z tej silniejszej strony, że sobie radzę.

– Oj, Paula… Zmiany, zmiany… Chyba na gorsze. Ciągle nas straszą zwolnieniami, że zamiast nas pozatrudniają opiekunki. Że niby tańsze, sobie wyobraź. Ile tańsze? 300 złotych? Te pielęgniarki, które są zatrudnione na etacie, nie widziały podwyżki od pięciu lat… – zaczęły narzekać. Polskie narzekactwo, chciałoby się powiedzieć. Tylko, że kiedy pracowałam w Polsce, to też tak narzekałam. Po pięcioletnich studiach, które nie były łatwe, zaproponowano mi tak śmieszne pieniądze na etacie pielęgniarskim, że musiałam się wspomagać pomocą w postaci słoików z jedzeniem od mamy. Mama co prawda dawała je z przyjemnością, ale o ile lepiej czułabym się z tym, że pracuję, zarabiam i mogę być samodzielna.

Zresztą problem małych zarobków dotykał nie tylko pielęgniarki. Większości z moich znajomych z liceum, którzy nie wyjechali za granicę, a osiedlili się w Gdańsku i okolicach, zaoferowano zarobki rzędu 1500 złotych. Osoby po studiach humanistycznych czy ekonomii nie mogli liczyć na więcej. Pracodawca zacierał ręce widząc tanią siłę roboczą i wmawiał im, że przecież nie mają dużego doświadczenia i powinni się cieszyć, że nie pracują za darmo.

Pokolenie 1500 brutto. Tak nas nazywali.

***

– Paulinko, a myślisz o powrocie do Polski? – zapytała mama z nadzieją. Chciałabym wrócić, jednakże spotkanie z koleżankami ze starej pracy w Gdańsku tylko mnie przygnębiło i zapewniło w przeświadczeniu, że to jeszcze nie ten czas. Ale coraz częściej zaczęłam myśleć o chwilowej przerwie od pracy. Może w okresie świątecznym? Od pięciu lat nie spędziłam ani jednej Wigilii w domu, w gronie rodzinnym. Nawet gdy mieszkałam w Gdańsku, to zawsze pracowałam w Boże Narodzenie. A uzyskanie urlopu w Anglii w tym czasie było wykluczone.

– Mamuś, jeszcze o powrocie nie myślę. Mama ze smutkiem pokiwała głową.

Subskrybuj nasz blog, by być na bieżąco z nowymi wpisami.

Gdzie szukać szczęścia?

Wpis autorstwa Pauliny Kubińskiej

Wiosna 2014

W dobrym domu opieki na wolne miejsce można czekać miesiącami. Rzadziej się zdarza, że rodzina weźmie babcię czy dziadka do domu rodzinnego, by tam się staruszkiem opiekować. Najczęściej pacjent zostaje w placówce aż do śmierci. Gdy ona nastąpi, rzeczy osobiste z jego pokoju są pakowane w worki i oddawane najbliższej rodzinie. Ta z kolei oddaje je często do „charity shopów”.

Są to sklepy podobne do naszych lumpeksów, z tym, że część dochodów ze sprzedaży jest przekazywana potrzebującym. Oprócz ubrań w takich miejscach można znaleźć książki, płyty, biżuterię, wszelkiej maści nietrafione prezenty – perfumy, kubki, a nawet meble czy dobry sprzęt sportowy i elektroniczny.

Do charity shopu bardzo często zachodziłyśmy z Martą i nowo poznaną koleżanką Iwonką. Iwonka mieszkała niedaleko nas, jakieś 15 minut, a jakieś 5 minut od tego angielskiego lumpeksu. Jak się poznałyśmy? Wypatrzyłyśmy ją w Tesco robiąc zakupy. Iwonka tam pracowała na kasie. Spojrzałyśmy na nią. Nie potrafię tego nawet opisać. Miała polskość wypisaną na twarzy. Nie myliłyśmy się. Jedno zerknięcie na wypisane na identyfikatorze imię – Iwonka. Zapakowałyśmy zakupy, odebrałyśmy paragon. Wymieniłyśmy się angielskimi regułkami grzecznościowymi, odeszłyśmy od kasy. Nagle przy wyjściu ze sklepu moja współlokatorka przystanęła. Ta kasjerka wydaje się być miła – powiedziała. Marta wyciągnęła zmięty paragon i długopis z torebki.
Po chwili widniał napis na paragonie: „07745246699. Zadzwoń, jeśli będziesz miała ochotę wypić piwko w swojskim towarzystwie. Marta i Paula”. Marta bez wahania złożyła karteczkę w kostkę i poszła ją oddać Iwonce. Po kilku dniach dziewczyna odezwała się. Umówiłyśmy się w pobliskim pubie na szklankę brytyjskiego złocistego piwa Ale.

Potem, gdy się już trochę poznałyśmy, Iwonka, trzydziestoletnia szczupła szatynka o czarnych jak węgle oczach, nieraz zapraszała nas do siebie do domu na herbatę, gdzie specjalnie dla gości jej czteroletni synek robił amatorskie pokazy tańca. Synek, piękny Mulat z długimi loczkami, opadającymi na roześmianą buzię, był wynikiem miłości Iwonki do czarnoskórego Brytyjczyka. Chłopiec rozmawiał ze swoim ojcem po angielsku, a gdy zostawał sam z mamą, komunikowali się w języku polskim. Raz, gdy ojciec przez przypadek usłyszał rozmowę matki z synem, z której nic nie rozumiał, krzyknął ze śmiechem:
– Bloody hell! Cholera! Nie rozumiem, co mówi mój własny syn!
Byli szczęśliwą rodziną.

Pewnego dnia u Iwonki w domu siedziałyśmy z Martą na kanapie, popijając herbatkę Earl Grey. Poradziłam się dziewczyn, co powinnam zrobić. One dwie, szczęśliwe w związkach, mogły zasugerować, gdzie znaleźć miłość. Wiadomo, niby się tego nie szuka, sama powinna przyjść. Ale mi ostatnio ciągle trafiały się randki bez rokowań na dalszy rozwój związku, co zaczęło mnie bardziej i bardziej przygnębiać. Czułam się coraz bardziej samotna.
– Musisz otworzyć się na ludzi Paula. Idź na jakąś imprezę – wygłosiła swój pomysł Iwonka. Spojrzałam na nią z powątpiewaniem. Pobawić się, potańczyć tak, ale miłość na całe życie w dyskotece?
– Załóż sobie konto na portalu randkowym dla emigrantów! – powiedziała Marta. Ona sama poznała swojego męża przez internet. Zawsze wydawało mi się, że ten rodzaj randkowania jest dla desperatów. Spojrzałam na Martę. Ładna blondynka o dużych niebieskich oczach, wygadana, odważna. Takie dziewczyny jak ona nie mają problemu, żeby umówić się na randkę bez pomocy Internetu. Jednak ona mimo wszystko spróbowała również tego. Właśnie w sieci wypatrzyła swojego księcia z bajki.
– Oj, Marta… Nie, no wiesz, chciałabym poznać kogoś w normalnym życiu, nie w wirtualnym…. Co ma być to będzie… – jęknęłam z żałością.

Wieczorem, znów samotność dała o sobie przypomnieć. Nie mogłam zadzwonić do rodziny, bo część współlokatorów już spała. Zawsze kładli się do snu wcześniej. Mieli pobudkę o 3 rano, od 4 zaczynali pracę. Napełniałam powoli kieliszek winem. Dopadła mnie wtedy refleksja. Może czasem… szczęściu trzeba pomóc…

Włączyłam laptopa, żeby założyć konto na portalu randkowym.

Subskrybuj nasz blog, by być na bieżąco z nowymi wpisami.

Czas na zmiany

Wpis autorstwa Pauliny Kubińskiej

Wiosna 2014

Każdy dzień w domu opieki wyglądał podobnie. Rano – raport pielęgniarski, przejażdżka z wózkiem z lekami po długich korytarzach mojego oddziału. Codzienne rytuały, dopilnowanie, aż moi podopieczni połkną podane leki, potem pisanie dokumentacji. Niektórzy rezydenci nie mają ochoty na rozmowę, szybko biorą tabletki i odprowadzają mnie wymownym wzrokiem do drzwi swojego pokoju, chcą zostać sami. Inni z kolei mają wiele do powiedzenia. Zażalenia, że wczorajszy obiad był niesmaczny i mają od niego wzdęcia bądź że boli noga, głowa czy ręka. Niektórzy nie mogą wcale porozmawiać czy się poskarżyć, bo tę możliwość odebrała im zaawansowana demencja. Po półtora roku pracy w domu opieki mam wrażenie, że na swoim odcinku znam już każdego swojego pacjenta na wylot. Niektórzy są tutaj od czasu, gdy zaczęłam pracę. Od tego czasu kilku podopiecznych też zmarło, a na ich miejsce zostali przyjęci nowi.

Szczerze? Zaczęłam mieć wrażenie, że utknęłam w miejscu. Pod względem zawodowym. Z jednej strony przywiązałam się do moich podopiecznych jak do członków rodziny, zwłaszcza do Teresy, która w tym roku obchodziła swoje 102. urodziny. Z drugiej, zaczęłam odczuwać pragnienie zmian. W wózku z lekami, który prowadziłam długimi korytarzami domu opieki, znajdowały się wyłącznie leki doustne, zastrzyki zdarzały się raz na dwa miesiące. Na pobieranie krwi należało zrobić specjalny kurs, więc bez niego nie byłam uprawniona do wykonywania tej czynności, mimo iż robiłam to na porządku dziennym w polskiej pracy.

– Gdzie jest moja pomocna ręka? – jęknął John. Unieruchomiony w łóżku po rozległej operacji biodra, wiecznie szukał skonstruowanego przez siebie drążka, na którym znajdował się specjalny chwytak. Dzięki niemu John mógł sięgnąć po rzeczy, które leżały na stoliczku przyłóżkowym. Po zabiegu ortopedzi zostawili mu w biodrze wielką otwartą ranę, a na niej specjalistyczny opatrunek. Rana nigdy nie miała już się zagoić, a ciągle powodowała infekcje ogólnoustrojowe, dlatego przyzwyczaiłam się już do epizodów, gdy John przez infekcję był bardzo splątany.

– Leży zaraz po twojej prawej stronie, John. – Pacjent lubił towarzystwo i zawsze, kiedy ktoś przychodził do jego pokoju, zagajał rozmowę, a to szukając swojego drążka, a to pilota od telewizora. Czasem, żeby nie czuł się taki samotny w swoim pokoju, przenosiliśmy go dźwigiem do wózka inwalidzkiego i braliśmy do salonu, ale po pięciu minutach zaczynał płakać, że mu niewygodnie. Nic dziwnego. Z taką raną najwygodniej było mu leżeć płasko w swoim łóżku.

Na przerwie na kawę w pokoju dla personelu dosiadł się do mnie pielęgniarz Abdul. Przyniósł dla mnie skserowane kartki z książki pielęgniarskiej, którą ostatnio czytał.

– Proszę, to dla ciebie. Czytałem ostatnio ciekawy rozdział o przemijających atakach niedokrwiennych mózgu. Pomyślałem, że ci przyniosę. – Uśmiechnął się. Wyczuwałam jego sympatię do mnie. Niejedna osoba już się ze mnie śmiała, że pochodzący z Pakistanu Abdul chyba szuka drugiej żony. Zresztą on sam mi powiedział, że w jego kraju jest to dozwolone, zawadiacko do mnie mrugając.

– Dziękuję Abdul, miło, że o mnie pomyślałeś – odpowiedziałam. Abdul, pracował dla naszego domu opieki przez agencję, bo to jego praca dorywcza. Na pełen etat był zatrudniony w szpitalu na oddziale intensywnej terapii. Niedawno proponował, że poleci mnie swojej oddziałowej i zaproszą mnie na rozmowę kwalifikacyjną. Opowiedziałam mu o swoich obawach, o za małym doświadczeniu zawodowym. Dom opieki to też pierwsza moja praca na emigracji, nie czułam się pewna siebie, czy poradzę sobie w tak zmiennym środowisku z moimi umiejętnościami językowymi.

– Paula, bądź odważna! Gdy zaczniesz pracę w szpitalu, to wszystko się zmieni. Będziesz mieć sto razy lepszą wiedzę, niż jakakolwiek pielęgniarka, która utknęła w domu opieki. Rozwiniesz skrzydła. – Abdul złapał mnie za rękę, którą miałam położoną na stoliku kawowym. Poczułam się niezręcznie, szybko uwolniłam dłoń z uścisku, cofnęłam i objęłam kubek, udając, że chcę wziąć łyk kawy.

***

Po zakończeniu dyżuru i wyjściu z domu opieki zaskoczył mnie deszcz. W sumie ciężko mówić o zaskoczeniu – w okolicach Manchesteru deszcz padał niemalże co drugi dzień, czy w zimę, czy w lato. Bywało, że padało przez cały okrągły tydzień. Taka „szara” pogoda sprawia, że łatwo popaść w depresyjny nastrój. Tym razem, nie chciałam jednak myśleć o przygnębiających sprawach, czułam, że muszę zacząć budować dobrą przyszłość, że nadszedł czas na zmiany. Deszcz nie ułatwiał mi dojazdu do domu na rowerze. Gdy w końcu dojechałam, zamknęłam się w swoim pokoju, włączyłam komputer i zalogowałam się na swój profil na portalu randkowym. Cztery nowe wiadomości. Wirtualny świat wciąga. Zwłaszcza, jeżeli daje tak wiele możliwości. Czy chcesz rodaka, czy obcokrajowca? Blondyn, szatyn czy brunet? Kolor oczu? Brązowy, niebieski? Jakie sobie życzysz wykształcenie kandydata na chłopaka? Szukasz przygody czy miłości na całe życie, a może obu na raz? Pula kandydatów była imponująca. Wybór naprawdę spory. Nie spodziewałam się, że randkowanie w internecie jest tak popularne. Tylko jak tu wybrać, kiedy każdy człowiek jest inny? Usiadłam na kanapie, wygodnie podpierając się poduszkami. No dobrze, chłopcy. Czas na lekturę. Otworzyłam pierwszą wiadomość.

Subskrybuj nasz blog, by być na bieżąco z nowymi wpisami.

Specjalnie dla Ciebie

Wpis autorstwa Pauliny Kubińskiej

Wiosna 2014

W wyjątkowo słoneczny wiosenny dzień stałam na placu Piccadily w Manchesterze czekając na swojego wybranka numer jeden z portalu randkowego.

„Nazywam się David, mam 36 lat. Obejrzałem twój profil, masz piękne oczy. Czuję, że twój wzrok prześwietla moją duszę. Napiszę coś o sobie. Jestem muzykiem w zespole rockowym, przesyłam w załączniku kilka moich kawałków. Piosenkę ‘The one’ dedykuję specjalnie dla ciebie.” – napisał pan numer jeden. Zaintrygował mnie swoim listem. Odsłuchałam piosenki. Szału może nie było, ale najważniejsze, że facet ma pasję. Po krótkiej wymianie zdań, umówiliśmy się na kawę w angielskim pubie w centrum Manchesteru na Piccadilly.

Stojąc w umówionym miejscu wpatrywałam się w każdego przechodnia, próbując rozpoznać mężczyznę ze zdjęcia profilowego na portalu randkowym. Zdjęcie przedstawiało rudego, przystojnego mężczyznę z niebieskimi oczyma. Wszystko pięknie, ale już był spóźniony 10 minut. Nagle ktoś stojący za mną stuknął mnie w ramię.

– Paula?

Odwróciłam się. Spojrzałam, kto mnie zaczepił. Z trudem rozpoznałam mężczyznę ze zdjęcia. Trochę go poniosła wyobraźnia i w opisie swojej osoby na portalu odjął sobie jakieś 10 lat. Z rudej grzywy na fotografii pozostały jedynie rzadkie kępki włosów po bokach głowy. Nie, żeby wygląd fizyczny był dla mnie szczególnie ważny. Oczywiście, najważniejsze jest wnętrze. Jednakże jakoś tak na sam początek pan nie powinien ściemniać.

– Zapraszam na kawkę. Albo, co będziemy się rozdrabniać, napijmy się wina! – powiedział David z trudnym do zrozumienia szkockim akcentem. Uśmiechnął się, pokazując spore braki w uzębieniu. Usługi dentystyczne w Anglii są bardzo drogie, co odbija się na stanie zdrowia zębów mieszkańców. Polacy emigranci najczęściej umawiają się do dentysty w Polsce, o ile nie jest to przypadek bardzo nagły.

Zawahałam się. Czułam się zawiedziona. Faktem jest, że jeżeli pan dałby zdjęcie swojego prawdziwego oblicza na portal, pewnie pula jego kandydatek by się zmniejszyła. Mogłabym zarzucić mu od razu oszustwo w sprawie wyglądu i pójść do domu. Ale, z drugiej strony, pomyślałam, zobaczę, co ma do powiedzenia. A lampki wina to ja nigdy nie odmawiam.

– Przepraszam za spóźnienie. Wiesz, muszę ci coś powiedzieć, mam 5-letnią córkę. Miała iść pod opiekę dzisiaj do mojej byłej żony. Wiesz, jak to dzieci się grzebią, zawsze coś się wydarzy po drodze, nic nie można zaplanować. – David dużo mówił. Tutaj też mnie zaskoczył. Nie pisnął nawet słowem we wcześniejszej korespondencji o córce. – Alice, tak mała ma na imię. Jest nieznośna. Po matce – mrugnął do mnie porozumiewawczo.

David opowiadał o sobie, swoim domu rodzinnym, pracy, o muzyce. Po wypiciu połowy butelki wina zreflektował się, że należy zapytać również mnie, co robię i czym się interesuję.

– Jestem pielęgniarką w domu opieki… – zaczęłam.

– COOL! Pielęgniarka! Te wasze pielęgniarskie fartuszki zawsze działają na moją wyobraźnię… – Davidowi zaświeciły się oczy. Oblizał wargi, rumieniec wypłynął mu na twarz. Rozmowa zeszła na niepokojący tor. Przez myśl przeszło mi, że czas się ewakuować. Niezwłocznie podziękowałam Anglikowi za spędzony czas, mówiąc, że już muszę wracać do domu.

– Spotkamy się jeszcze? – David spojrzał na mnie błagalnie. To jest najtrudniejszy moment, w końcu facet spędził ze mną ostatnią godzinę. Starał się, był miły, mimo iż czasem czegoś nie zrozumiałam, prawił komplementy. Słowa uwięzły mi w gardle, ale wypite wino dodało mi odwagi.

– Przepraszam David, raczej już się nie spotkamy. To nie było to, czego szukam. – odpowiedziałam po chwili.

Po przyjściu z nieudanej randki do domu okazało się, że czeka mnie niespodzianka. Będziemy mieć nowego współlokatora. Do mieszkania wprowadzi się jeszcze jeden znajomy Marty i jej męża. Potrzebuje na pilnie zakwaterowania. A u nas salon wolny, tam dwie kanapy. Od biedy nawet para by się tam zmieściła. Będzie tam mieszkał tylko do czasu, aż Karol z dziewczyną się nie wyprowadzą z trzeciego pokoju do własnego mieszkania, wtedy kolega zajmie ich pokój. Chłopak miał zacząć pracę w magazynie, również rozpoczynając pracę w bardzo wczesnych godzinach, a praca tam jest 6-7 dni w tygodniu. Więc prawie nie będzie go w domu.

Tylko, że wynajmowany dom w Manchesterze przestał już być domem. Nie można było się w nim czuć swobodnie. Cienkie ściany ograniczały poczucie prywatności, nie można było swobodnie porozmawiać przez telefon, bo każdy lokator dokładnie słyszał rozmowę. Zaczęły się kłótnie o dyżury sprzątania i wieczne kolejki do toalety. Dom nie był już spokojną przystanią do odpoczynku psychicznego, zamienił się jedynie w miejsce, do którego przychodziłam się wyspać.

Subskrybuj nasz blog, by być na bieżąco z nowymi wpisami.

50 twarzy… starości

Wpis autorstwa Pauliny Kubińskiej

Wiosna 2014

– Pięknie dzisiaj wyglądasz – powiedziałam do naszej seniorki w domu opieki, 102-letniej Teresy. Jej twarz rozjaśniła się w uśmiechu z powodu komplementu. Był środowy poranek. W każdą środę dom odwiedza zaprzyjaźniona fryzjerka i układa włosy tym, którym rodziny wpłaciły ekstra kilka funtów na tę usługę. Fryzjerka Jane zazwyczaj pracowała w ten dzień od rana do wieczora. Ceniono jej pracę, zresztą nie miała wygórowanych cen. Za 10 funtów układała włosy paniom, a panom podcięcie proponowała za 6. W mieście dużo drożej. Rodziny ochoczo wpłacały więc pieniążki na jej usługi, zresztą nie tylko jej, bowiem w czwartki przychodziła jeszcze pedicurzystka. Nasze rezydentki to prawdziwe damy – niejedna zapisywała się do fryzjerki nawet co tydzień. Niezależnie od wieku i rodzaju schorzenia, zawsze pamiętały, że są kobietami i trzeba o siebie dbać.

– Paula, jesteśmy bardzo zajęci. Mogłabyś pomóc nam w karmieniu? Może podałabyś tej nowej rezydentce obiad? – zapytała opiekunka Hana. No pewnie, właśnie skończyłam robić leki na lunch. Zresztą zawsze staram się im pomagać, w miarę możliwości – czy to kogoś zawiozę do toalety, czy pomogę w karmieniu. Na dwudziestu pięciu pacjentów mam zazwyczaj czterech opiekunów. Przy wymagającym nastawieniu Brytyjczyków taki stosunek personelu do rezydentów to za mało i zawsze brakuje rąk do pracy.

– Pewnie. Pomogę – odpowiedziałam.

Wzięłam talerz z jedzeniem. Nasza nowa rezydentka, Marie, ma już bardzo zaawansowaną demencję. Jest też ryzyko, że może zachłysnąć się jedzeniem czy piciem. Z tego powodu miała specjalnie przygotowane posiłki – trzy zgrabnie podane kolorowe trójkąty: zielony ze zmielonego groszku, biały z ziemniaków i pomarańczowy z marchwi. Wszystko polane sowicie sosem z dodatkiem pomielonego mięska. Do tego nalałam Marie napój z dodatkiem zagęszczacza. Po dodaniu łyżeczki proszku zagęszczającego picie nabiera konsystencji kisielu. Posiłek był podany ładnie, tak samo zresztą pachniał.

Marie była przykuta do łóżka, nie była w stanie samodzielnie się poruszyć. Niedawno została wypisana ze szpitala, gdzie nabawiła się sporej wielkości odleżyny na pośladku. Ze względu na to Marie musiała częściej zostawać w swoim pokoju, gdzie mogliśmy co dwie godziny zmieniać jej pozycję z jednego boku na drugi, by rana się szybciej goiła. Spojrzała na mnie obojętnym wzrokiem, gdy usiadłam koło jej łóżka, by podać jej posiłek.

– Witam ponownie, Marie. Mam dla ciebie obiadek. – Położyłam jej serwetkę pod brodą na kształt śliniaka. Nabrałam łyżeczką troszeczkę jedzenia z każdego zmielonego trójkąta. Marie zmrużyła oczy i spojrzała na mnie z niechęcią.

– Pieprz się! – krzyknęła. Zaraz po okrzyku otworzyła buzię, by wziąć pierwszego hapsa. Cóż. Spokojnej zazwyczaj staruszce demencja odebrała możliwość logicznego porozumiewania się, ze słów zostały jedynie obelżywe okrzyki, kierowane w stronę personelu. Po każdej przełkniętej łyżeczce posiłku Marie raczyła mnie soczystym przekleństwem.

Starość przybiera różne formy. Czasem właściciele domów opieki reklamując swoje placówki pokazują piękne zdjęcia, uśmiechniętych rezydentów, jak i personel, przedstawiają wszystko w różowych barwach. Nie zawsze jest tak pięknie. Zdarza się, że pacjenci bywają niemili czy agresywni. Bywa, że personel nigdy nie doczeka się miłego słowa za okazaną pomoc i serce.

Spojrzałam na pomarszczoną buzię Marie. Skończyła właśnie posiłek. Karmienie jej nie było łatwe. Mimo że jadła z apetytem, jedna trzecia z podanego jedzenia ściekała jej po brodzie na rozłożoną serwetkę, a większymi fragmentami, takimi, których nie mogła przeżuć, próbowała we mnie splunąć.

Trudno winić Marie za jej zachowanie. W takich sytuacjach staram się pamiętać, że mi kiedyś też demencja może odebrać wolną wolę i pamięć. Spojrzałam na jej pomarszczoną twarz. Ciągle miała zmrużone oczy, próbujące prześwietlić mnie na wylot. Wzięłam do ręki serwetkę, wytarłam jej buzię z resztek jedzenia. Podniosłam rękę, opuszkami palców pogłaskałam Marie po policzku. Nagle, zmarszczone oczy się rozszerzyły, a niechęć na twarzy zmieniła się w zdziwienie. Podniosłam tacę z pustymi naczyniami. Gdy już się odwróciłam od swojej podopiecznej, zmierzając w kierunku drzwi wyjściowych, usłyszałam za swoimi plecami jej głos. Powiedziała coś nowego. Po pół godziny wykrzykiwania przekleństw w moją stronę usłyszałam coś, co wywołało uśmiech na mojej twarzy.

– Jesteś całkiem miła.

Subskrybuj nasz blog, by być na bieżąco z nowymi wpisami.

Równość i Różnorodność

Wiosna 2014

Kolejnego kandydata z portalu randkowego skreśliłam już po przeczytaniu wiadomości. Nie musiałam nawet oglądać na żywo jego szanownego oblicza.

„Hello, mam na imię Ahmed. Jestem fizjoterapeutą w Egipcie. Bardzo chciałbym przyjechać do Anglii. Czuję, że możesz być dla mnie kimś ważnym. Jestem tradycjonalistą, ale uważam, że inna wiara u partnerki nie ma znaczenia. Uważam się za dobrego Muzułmanina, szanuję innych ludzi i kobiety. Żeby przyjechać do Manchesteru, potrzebowałbym wizy. Myślę, że możemy porozmawiać w międzyczasie na Skypie, jeśli miałabyś ochotę.”

Z osobistych przekonań i z uwagi na wykonywany zawód każdego człowieka, bez względu na wiarę, kolor skóry czy pochodzenie, uważam za równego sobie. „Równość i różnorodność” to przecież był jeden z pierwszych bardzo cennych kursów, które odbyłam po przyjeździe do Anglii. Nauczyłam się, że każdy człowiek jest inny, ale każdy powinien być traktowany w tak samo dobry sposób. Błąd. Nie nauczyłam się. Już wiedziałam to wcześniej, ale na kursie przedstawili tak prostą rzecz w bardzo ciekawy sposób, że zaczęłam myśleć o tym na nowo i z innej perspektywy.

W pielęgniarstwie nie ma miejsca na uprzedzenia, jest pomoc drugiemu człowiekowi, nieważne kim jest. To piękna ideologia, dlatego mam w sobie dumę, że jestem pielęgniarką i cenię ten zawód. Powinien być on respektowany. Niestety, w Polsce spotkałam się wielokrotnie z szydzeniem z pielęgniarstwa, z negatywną oceną, niemiłymi słowami od pacjenta w odniesieniu do wykonywanej pracy (typu „pielęgniarki piją jedynie kawę” czy „pielęgniarki są tylko od przewijania pampersów”). Nie rozumiem tego zjawiska. Czasem wydaje mi się, że praca w Anglii jest lżejsza, a cieszy się szacunkiem w społeczeństwie.

Wracając do Ahmeda, nie ujął mnie swoim listem. Co prawda skłonił mnie on do rozmyślań, jak by to było żyć z facetem innej wiary, ale kojarząc przypadki z polskiej telewizji typu „Taka wielka miłość Polki do Egipcjanina, a teraz uprowadził jej dzieci”, cieszyłam się, że mam do wyboru jeszcze kilka innych opcji.

***

Naszych podopiecznych w domu opieki odwiedziły psiaki! Pani zajmująca się dogoterapią przyniosła do nas piękne maluśkie pieski rasy Golden Retriever. Cztery małe słodziaki rozbiegły się po całym salonie, a to szczekając, a to bawiąc się wzajemnie. Coś niesamowitego. Nieopisana radość wśród tych moich kochanych staruszków. Nawet tym, którym zaawansowana demencja odebrała zdolność poruszania się i rozpoznawania najbliższych, uśmiechy nie schodziły z twarzy i cieszyli się jak dzieci z niespodziewanej wizyty piesków.

– Jakie one piękne, małe niedźwiadki. Za młodu, gdy mieszkałam w moim wiejskim domku, też mieliśmy takie pieski. I koty też mieliśmy… A ile wiewiórek biegało! – Nasza najstarsza, 102-letnia Teresa odpłynęła we wspomnieniach z młodości, głaszcząc jednego z Rotrieverów, który właśnie usadowił się jej na kolanach.

Oparta o framugę drzwi w przejściu do salonu obserwowałam ten obrazek. Tak niewiele trzeba, by tym starszym ludziom sprawić trochę radości. Osoby zarządzające moim domem opieki wiedziały, jak urozmaicić im czas, organizowali wiele ciekawych spotkań. A to zaprosili lokalną kwiaciarkę, która na na miejscu w salonie robiła pokazy dla rezydentów jak układać bukiety, czy zaprosili właścicielkę pobliskiej farmy, która przyniosła malutkie kaczuszki. Często same rodziny mieszkańców domu opieki wychodziły z inicjatywą, jakie spotkanie można by zaplanować, żeby wywołać uśmiechy na twarzy staruszków. Schorowane babuleńki piszczą z radości jak małe dziewczynki, bo mają okazję pogłaskać pieska czy kaczuszkę. Tak niewiele trzeba, by podnieść jakość życia tych ludzi.

Właśnie wtedy zaczął kiełkować w mojej głowie pewien pomysł. Gdy kiedyś wrócę do Polski, chciałabym założyć swój własny dom opieki. Placówkę, która będzie standardem przypominać ten angielski, w którym miałam okazję pracować. Pojedyncze, podwójne pokoje, salon, w którym staruszkowie mogliby wygodnie rozsiąść się w wygodnych fotelach, by pooglądać ulubiony serial. Cotygodniowe atrakcje, dogoterapia, hipoterapia, układanie kwiatów, zajęcia z ogrodnictwa czy z malowania – zrzeszające rezydentów domu opieki i okolicznych mieszkańców. Własna kuchnia/restauracja, która serwowałaby zdrowe posiłki nie tylko dla podopiecznych i personelu, ale również dla przejezdnych. Wszystko mogłoby być utrzymane nie w klimacie placówki medycznej, tylko domu, w której żyje jedna wielka rodzina. Gdzie wszyscy odnosiliby się do siebie z szacunkiem i serdecznością.

Tak oparta o framugę swojego angielskiego domu opieki, patrząc na biegające psy po pokoju, na radość moich podopiecznych cieszyłam się, że miałam możliwość pracować w domu opieki. To również zasługa nas, pielęgniarek, że końcówka życia rezydentów upływa w spokoju, że mają momenty radości, że każdy traktuje ich z szacunkiem, jak członków rodziny. Mimo że praca bywała fizycznie i psychicznie ciężka i odpowiedzialna, to w tym właśnie momencie uświadomiłam sobie, że ją kocham. Że dom opieki to mój drugi dom.

Subskrybuj nasz blog, by być na bieżąco z nowymi wpisami.