
Lato 2013
Po wyjściu z samolotu dotknęłam stopami polskiej ziemi. Przywitała mnie rozgrzana słonecznymi promieniami płyta lotniska i bezchmurne niebo. Powietrze miało zupełnie inny zapach niż to w Anglii. Nie chodzi o wysypisko śmieci znajdujące się blisko gdańskiego lotniska. Czułam tylko przyjemną, rześką bryzę, która wywoływała we mnie uczucie, że… jestem w domu. Przyjechałam na kilka dni między dyżurami. Muszę zregenerować siły. Nic nie działa lepiej niż polskie morze, przejście się po plaży, posłuchanie szumu fal. No i nic nie wpływa na samopoczucie lepiej niż zobaczenie swojego pokoju w rodzinnym Starogardzie, spędzenie trochę czasu z rodziną.
W okolicach gdańskiej starówki umówiłam się na drinka z Agatą. Zaprzyjaźniłyśmy się jeszcze na studiach. Zgadałyśmy się na trzecim roku, że szukamy mieszkania. Znalazłyśmy więc coś razem. W tym mieszkaniu wspólnie uskuteczniałyśmy pranie w pralce typu frania i szlag nas trafiał, kiedy trzeba było ręcznie płukać i wyżynać medyczne fartuchy. Dużo było z tym śmiechu, ale tak naprawdę podziwiałam nasze babcie, że musiały robić pranie w taki sposób, bo nam przy tej czynności pot ciekł po plecach. Mimo że byłyśmy współlokatorkami tylko rok, sympatia została i nieważne, ile kilometrów nas dzieliło, zawsze miałyśmy kontakt.
Agata usiadła do stolika. Nie zdążyłam wymienić się grzecznościami. Zobaczyłam wyraźnie potępienie na jej twarzy. Już wiedziała, co się stało. Rozstałam się z narzeczonym. Nie miałam pojęcia, skąd o tym wie, ale ona ma zawsze swoje sposoby na zdobycie informacji. Sama o sobie nie mówiła nic, zawsze pełna tajemnic.
– Wiesz co Paula, nie obraź się…
Już się przestraszyłam. Agata była czasem aż za bardzo szczera. Nie owijała w bawełnę, mówiła to, co uważała za słuszne.
– … Ja to widzę tak. Powąchałaś pieniądz i zostawiłaś wszystko w tyle. Rodzinę, faceta. Myślę, że jakbyś nie wyjechała, dalej byłabyś z nim w związku i byłabyś szczęśliwa. A tak, przekreśliłaś wszystko dla pieniędzy….
Zabolało. Nawet nie wiedziałam, jak się wytłumaczyć. Czy rzeczywiście tak jest? Agata jest przeciwniczką emigracji. Nigdy nie rozważała opcji wyjazdu do pracy za granicę.
– Opowiem ci coś – kontynuowała. – Niedawno przyjęto do nas pacjenta, pana, 80 lat. Facet, widać, nie żaden menel. Z rodzaju tych samotnych gości, co nie mają w domu kobiecej ręki. Karetka przywiozła go od razu na kardiologię. Ratownicy wzięli go z domu jak stał. Na oddziale nie miał ze sobą nawet szczoteczki do zębów czy gaci na zmianę. Wiesz, jak jest w polskich szpitalach, Paula. Dałam mu jakiś szpitalny szlafrok, a na nim łata na łacie. No i zapytałam, czy rodzina mogłaby donieść mu potrzebne rzeczy. On na to, że żona nie żyje, a syn i córka za granicą, nie przyjadą. Pacjent sam stwierdził, że jego dzieci „ciężko pracują” i „wszystko dla tych piniędzy”.
Po spotkaniu wracałam z głową pełną przemyśleń. Lubię spotkania z Agatą, choć czasem ma zdanie zupełnie odmienne od mojego. Czy określiła mnie prawidłowo? Cóż. Nie ma co się oszukiwać. Większość osób, które poznałam, wyjechały do Anglii, pojechały tam w celach zarobkowych, a nie zwiedzać. Dużo osób zastanawia się, jakiego rzędu zarabia się tam pieniądze. Napiszę tak: to kwota, która pozwala godnie żyć. Koszty żywności są proporcjonalnie niewielkie w porównaniu do pensji. Pielęgniarka pracująca na jednym etacie może zarobić 1600 do 2200 funtów. Zależy oczywiście, jakie miejsce pracy, czy dom opieki, czy szpital, czy sektor prywatny, czy NHS – odpowiednik NFZ. Koszty wynajęcia, utrzymania mieszkania są różne, w zależności od lokalizacji. Pielęgniarkę w Anglii raczej stać na samodzielne wynajęcie mieszkania, utrzymanie samochodu, jedzenie dobrej jakości i odłożenie na wycieczkę raz do roku. Piszę tu o jednym etacie. Pielęgniarki w Polsce, w tym Agata, muszą robić dyżury dodatkowe w innych placówkach, aby stać je było na spłatę kredytu mieszkaniowego czy wczasy. W Anglii nawet osoby, które zarabiają najniższą krajową, mogą sobie pozwolić od czasu do czasu na zakup najnowszego modelu telefonu Samsunga czy Apple.
Słowa Agaty o tym, że „powąchałam pieniądz” i opuściłam wszystkich bliskich, krążyły mi natrętnie w myślach. Z jednej strony czułam satysfakcję, że tyle przetrwałam w obcym kraju, radzę sobie. Z drugiej – czułam się po prostu samotna. Wracałam sama na rowerze z pracy do domu w Manchesterze, sama zwiedzałam zakątki miasta, sama oglądałam filmy, nawet sama chodziłam do kina i restauracji. Sukcesy i porażki, zamiast dzielić z bliskimi, zaczęłam topić w kieliszkach wina.
Subskrybuj nasz blog, by być na bieżąco z nowymi wpisami.