Przeznaczenie

Zima 2013

– Pocałuj mnie – poprosił Vincent. Chciałam przejechać z wielkim wózkiem z lekami do salonu, a on stał w przejściu i zagradzał mi drogę.

Tym razem zostałam wysłana na swój oddział, nie na demencyjny. Prośba Vincenta zdecydowanie przekraczała moje kompetencje zawodowe. Czasem pielęgniarki przytulały swoich podopiecznych, żeby ich pocieszyć, czy tak po prostu – z serdecznością, tak jak w rodzinie. Ale tym razem staruszek prosił o zbyt wiele. Stanęłam w szoku jak wryta.

– Pocałuj mnie! Nie chcesz mnie pocałować, bo jestem stary?! – wykrzyknął z dramaturgią w głosie. Nadal, zdezorientowana jego nagłym wybuchem złości, szukałam w głowie odpowiednich słów, aby się uchronić, a jednocześnie go nie zranić. Nic nie przyszło mi w tym momencie do głowy. Vincent kompletnie zwariował.

– Nie – wykrztusiłam krótko. Vincent spojrzał mi prosto w oczy, jakby chciał coś z nich wyczytać. Gdyby jego wzrok w tym momencie potrafił zabijać, już bym leżała martwa. Nie powiedział nic, powoli zwolnił przejście do salonu, wyminął mnie w korytarzu i skierował się w stronę swojego pokoju.

– Vincent! Zaczekaj, proszę… Wiem, że jesteś zły… Ale mam dla ciebie jeszcze tabletki… Może usiądziesz w salonie na chwilkę, dam ci szybko twoje leki, dobrze? – rozpaczliwie szukałam sposobu załagodzenia sytuacji. W odpowiedzi usłyszałam jedynie, że nie mam nawet próbować czegoś mu wcisnąć, żadnych tabletek ode mnie nie weźmie. Odwrócił się ze złością i wrócił do swojego pokoju.

No dobrze, leków ode mnie nie chciał, to poprosiłam koleżankę z innego oddziału, żeby zapytała Vincenta czy nie zechciałby wziąć chociaż tabletek przeciwbólowych. W przeciwnym razie jego choroba nowotworowa może dać mu się nieźle we znaki. Bezskutecznie. Drugiej pielęgniarce również nie udało się przekonać rezydenta do połknięcia leków. Z ciężkim sumieniem musiałam zaznaczyć tym razem w karcie zleceń, że odmówił ich przyjęcia.

***

W dzień wolny od pracy umówiłam się z Robem, którego poznałam w drodze do Chester, gdy jechaliśmy z rodzicami na wycieczkę. Napisałam mu wcześniej zwięźle na Facebooku, że kiedy studiowałam i pracowałam w Gdańsku, byłam sąsiadką jego ojca, że wysłałam go do szpitala, gdy zasłabł, i pan Antoni nie żyje już od trzech lat. Rob chciał się spotkać, porozmawiać o tej całej historii.

Spotkaliśmy się w centrum Manchesteru. Anglik zaprosił mnie do starego pubu na piwo. Opowiedziałam mu o wysłaniu pana Antoniego do szpitala przed pracą i o tym, że odwiedziłam go w szpitalu, gdy miałam nocny dyżur. No i finalnie, w jaki sposób dowiedziałam się, że zmarł.

Przy okazji spotkania, Rob opowiedział też trochę o sobie. Kiedyś był w Polsce i szukał swojego ojca. Nawet napisano o tym w gazecie. Pokazał mi zmięty kawałek angielskiego dziennika. Na zdjęciu widniała jego twarz w wieku około trzydziestu lat. Miało to ułatwić poszukiwania. Pomagała mu w nich Organizacja Brytyjskiego Czerwonego Krzyża. I odnalazł ojca! W tym okresie w Polsce panował komunizm. Ojciec ciepło go przyjął, ale z pewną dozą rezerwy. Zjedli razem kolację. Rob poznał przyrodnią siostrę i brata. Jednakże syn nie do końca wyobrażał sobie, że spotkanie z ojcem po tylu latach będzie tak przebiegało. Nie wyglądało jak kadr z ekscytujących filmów, gdzie po latach rozłąki bliskie osoby rzucają się sobie w ramiona. Po prostu miłe wydarzenie i to wszystko. Antonii zaproponował Robowi nocleg w pokoiku swojego i tak zatłoczonego mieszkania w Gdańsku, a następnego dnia już musieli się rozstać, bo Anglik z powodu wizy na czas określony musiał wracać na samolot do Warszawy. Potem znowu stracili kontakt. Dlatego syn nie wiedział o śmierci ojca w 2011 roku.

Miło spędziłam ten wieczór. Rob okazał się bardzo interesującym człowiekiem, miał wiele pasji, często podróżował. Zawodowo zajmował się sztuką – organizacją festiwali filmowych w Manchesterze. Zgodziliśmy się z tym, że jego historia, syn poszukujący swojego ojca, to dobra historia na film. Niestety, niemożliwe było ustalenie, co przyczyniło się do wyjazdu pana Antoniego z Anglii, pozostawienia rodziny, przyjęcia syna w późniejszych latach z tak dużą rezerwą. Może dlatego, że ówczesny komunistyczny system władzy w Polsce nieprzychylnie patrzył na takie historie, a obcokrajowców takich jak Rob traktowano jak intruzów? Pozostają tylko domysły.

– Paula. Myślę, że nasze spotkanie było z góry zaplanowane przez jakieś wyższe siły. Może mój ojciec chciał coś mi przez to przekazać? To było przeznaczenie – powiedział z zadumą Rob.

Subskrybuj nasz blog, by być na bieżąco z nowymi wpisami.