
Jesień 2011
***
Dwa lata wcześniej. Jesień 2011 rok. Wracam z zakupów. Przede mną dwa nocne dyżury. Muszę jeszcze przygotować posiłek na jutro. Wracając ze sklepu wyliczam sobie w myślach, co jeszcze mam do zrobienia. W planach mam również drzemkę przed pójściem do pracy, łatwiej mi jest wtedy wytrzymać 12 godzin. Gdy wchodzę do klatki schodowej, słyszę sapanie. Patrzę – sąsiad z naprzeciwka, pan Antoni. Starszy, na oko 90 lat mężczyzna, jeszcze postawnej postury, zawsze gdy mnie spotykał, zagajał krótką rozmowę a to o pogodzie, a to o dzisiejszej młodzieży. Lubię jego pudelka. Kilka razy dziennie wyprowadza go na spacery. Zawsze cieszył się, że po sąsiedzku mieszkają tacy spokojni ludzie, że nie imprezujemy za głośno, bo przede mną i moimi współlokatorami “to takie dwa chłopaki mieszkali, co puszczali ciągle głośną muzykę”. Ale teraz wyraźnie coś z nim nie tak. Drugie piętro dla niego to kawał drogi, a on na parterze trzyma się poręczy, posapuje i wcale nie idzie. Pytam, czy wszystko w porządku. Dziadek cieszy się na mój widok.
– Jak dobrze, że pani akurat przechodzi – mówi. – Dzień dobry. Weźmie mnie pani pod pachę i pociągnie trochę do góry, bo coś mi dzisiaj słabo. Muszę się położyć.
– Ok.
Biorę go “pod pachę” i ciągnę, ale nie bardzo mi to idzie. Każę mu czekać i biegnę piętro wyżej po narzeczonego. Po chwili ciągniemy go razem na to drugie piętro.
Kiedy starszy pan otwiera drzwi, opiera się o framugę i już wydaje się, że wszystko w porządku, już chcemy zawracać i wchodzić do naszego mieszkania, a tu nagle rozlega się głośne “łubudubu”! Odwracam się i patrzę z przerażeniem. Sąsiad nie zdążył nawet zamknąć drzwi, leży na podłodze z głową koło szafki na buty, sapie i charczy jeszcze głośniej, a oddechu nie pozwala mu wziąć jego piesek. Z radości, że pan wrócił do domu liże go po twarzy.
– Dzwoń po karetkę! – krzyczę do narzeczonego, a sama już robię ocenę sytuacji – oceniam, czy się uderzył głową o tę nieszczęsną szafkę i czy nigdzie nie krwawi.
– Pani jest pielęgniarką, prawda?
Starszy pan zaczyna powoli wymieniać mi swoje choroby, co chwilę posapując i ciągle mając problemy ze złapaniem oddechu. Po kilku minutach przyjeżdża ekipa ratunkowa. Przepytują, o co chodzi. Nie są zadowoleni, że muszą sąsiada znosić z drugiego piętra.
– Co państwu przyszło do głowy, żeby go ciągnąć na to drugie piętro?! – denerwuje się ratownik medyczny. Wiadomo, w stresowych sytuacjach najlepiej znaleźć kogoś winnego. Reflektuje się trochę, gdy słyszy, jak obiecuję starszemu panu, że go odwiedzę w nocy w szpitalu, bo mam tam nocny dyżur.
W pracy, po wykonaniu zleceń lekarskich i odczekaniu aż usną dzieciaki, dostaję chwilę wolnego na przerwę. Mówię koleżance z oddziału, że idę odwiedzić sąsiada na oddziale ratunkowym. Przypilnuje przydzielone mi dzieci w tym czasie.
– Podam pani numer telefonu do syna… yyy… do córki… Żeby zaopiekowała się Ritą, moim psem – sąsiad podaje numer. Za krótki. Po chwili namysłu podaje inny, również niepoprawny.
Wydaje mi się, że mężczyzna jest trochę splątany, nie do końca zorientowany w sytuacji, w której się znalazł. Dziewczyny, pielęgniarki z oddziału ratunkowego, mówią, że nie mogą się skontaktować z rodziną. Starszy pan sapie i charczy jeszcze głośniej niż wtedy, gdy dzwoniliśmy po karetkę. Pewnie musi odpocząć. Do tego trzęsie się z zimna. Zapewniam go, że wszystko będzie dobrze, dotykam jego ręki. Bardzo zimna. Jesień w tym roku jest chłodna, a on leży przykryty jednorazową, flizelinową powłoczką. Pytam pielęgniarki, czy nie mogłyby znaleźć dla niego jakiegoś dodatkowego koca. Tłumaczę im, że jestem sąsiadką. Obiecuję, że spróbuję skontaktować się z rodziną i odwiedzę go następnego dnia, bo mam kolejny dyżur.
Z rana, bezpośrednio po dyżurze zachodzę do jeszcze jednej sąsiadki, która ma namiar na córkę starszego pana. Razem już dzwonimy do niej poinformować, że jej ojciec znajduje się w szpitalu i że trzeba zabrać pieska, który utknął w jego mieszkaniu. Córka pojawiła się niezwłocznie. Dziękuje mi za szybką reakcję po upadku starszego pana. Rozmawiamy chwilkę. Mówi, że dzwoniła do szpitala i dowiedziała się, że jej ojciec został już przeniesiony na chirurgię. Zadowolona, że udało mi się dotrzymać słowa i skontaktować się z rodziną sąsiada, mogę iść spać. Wieczorem idę na kolejny dyżur.
Z rana, bezpośrednio po dyżurze zachodzę do jeszcze jednej sąsiadki, która ma namiar na córkę starszego pana. Razem już dzwonimy do niej poinformować, że jej ojciec znajduje się w szpitalu i że trzeba zabrać pieska, który utknął w jego mieszkaniu. Córka pojawiła się niezwłocznie. Dziękuje mi za szybką reakcję po upadku starszego pana. Rozmawiamy chwilkę. Mówi, że dzwoniła do szpitala i dowiedziała się, że jej ojciec został już przeniesiony na chirurgię. Zadowolona, że udało mi się dotrzymać słowa i skontaktować się z rodziną sąsiada, mogę iść spać. Wieczorem idę na kolejny dyżur.
W pracy, znów po wykonaniu zleceń, chwila na przerwę i mówię koleżankom, że przejdę się, żeby dowiedzieć się, czy wszystko już w porządku z sąsiadem, czy czegoś mu potrzeba. Witam się z pielęgniarkami z oddziału chirurgicznego, przedstawiam i wyjaśniam, o co mi chodzi. Wyglądają na zaskoczone. Po chwili wyjaśnia się dlaczego. Jedna z nich ze współczuciem mówi:
– Przykro nam, pan Antoni Mielec zmarł dzisiaj wieczorem.
Subskrybuj nasz blog, by być na bieżąco z nowymi wpisami.