Złudne nadzieje

Wpis autorstwa Pauliny Kubińskiej

Lato 2014

Kolejny dzień w pracy był dla mnie sporym zaskoczeniem. Tydzień mojego wprowadzenia do pracy, tzw. Induction, został skrócony do jednego dnia. Pielęgniarz Carlise zachorował, więc Hindus, kierownik, wepchnął mi klucze od szafki z lekami do ręki i rozłożył ramiona w geście niemocy.

– Paula, sorry, nic nie poradzę. Musisz rozdać leki rezydentom. Nie mamy dzisiaj innej pielęgniarki – powiedział Krishna i uciekł do swojego gabinetu, pozostawiając mnie z pękiem kluczy w ręku w kompletnym szoku. Przecież nawet nie wiedziałam, który klucz jest od jakiego pomieszczenia, od jakiej szafki. Przecież z dnia poprzedniego zapamiętałam zaledwie kilku pacjentów. Spojrzałam z rezygnacją na karty zleceń.


Pacjenci w domu opieki nie mają opasek na rękach, które umożliwiają identyfikację. Często też, schorowani, nie są w stanie powiedzieć, jak się nazywają… Rozpoznajemy ich na podstawie zdjęć w kartach zleceń. Wygląda to tak: najpierw strona profilowa z fotografią na pół strony, danymi personalnymi, informacjami o alergiach. Później lista z lekami; karta zleceń tzw. MAR (Medication Administration Record).


Takiego obrotu spraw się nie spodziewałam. Powoli poszłam do dyżurki, wyciągnęłam wózek z lekami. Spojrzałam na wielki segregator ze zleceniami. 30 pacjentów, każdy zazwyczaj ma przepisane 5-10 tabletek na śniadanie…


Po dwóch godzinach stwierdziłam, że sobie sama nie poradzę. Większości pacjentów rozdałam już leki, udało mi się ich zidentyfikować. Ale zostało mi jeszcze kilku, których nie mogłam rozpoznać na zdjęciach. Nagle w korytarzu, gdzie miałam postawiony wózek z lekami, zjawił się Krishna.

Jeszcze rozdajesz leki na rano?! Mój Boże! – spojrzał na mnie z dezaprobatą. Chciałam coś mu odpowiedzieć, ale wyraźnie niezainteresowany moim tłumaczeniem, poszedł już w drugą stronę korytarza. Po chwili przyprowadził jednego z opiekunów.

To jest Mike, wskaże ci pozostałych pacjentów. Za 20 minut jest spotkanie pielęgniarek w moim gabinecie – zakomunikował i odszedł szybkim krokiem. Spojrzałam na opiekuna, który miał mi pomagać. Miał minę, jakby postawiono go przy mnie za karę. O co chodzi w tym domu opieki?


Oczywiście nie wyrobiłam się w 20 minut, z 10-minutowym opóźnieniem weszłam do gabinetu Krishny. Wielkie mi „spotkanie pielęgniarek”. Oprócz mnie była jeszcze jedna pielęgniarka z drugiego piętra. Po krótkim przedstawieniu mnie jako nowej pielęgniarki kierownik przeszedł do rzeczy.

Chciałbym porozmawiać z wami o raporcie z ostatniej kontroli CQC. – Przez kolejne pół godziny słuchałam, w jakich dziedzinach nasz dom opieki potrzebuje poprawy. Przed rozpoczęciem pracy w jakimkolwiek domu opieki czy placówce medycznej warto sprawdzić ten raport. Jest on ogólnodostępny w internecie. Komisja CQC (Care Quality Comission) działa trochę na zasadzie naszego Sanepidu. Przychodzą znienacka i próbują wyłapać błędy, niedociągnięcia w opiece. Wypytują pacjentów, czy mają jakieś uwagi, rodziny, mogą przejrzeć każdy dokument. Mało która placówka dostaje całkowicie pozytywną opinię.


Ciężko było mi zrozumieć, dlaczego tak pilnie musiałam uczestniczyć w tym spotkaniu… Zrozumiałam dopiero na końcu, gdy Krishna zaczął mówić o braku pielęgniarek w domu opieki. Braki w personelu w naszej placówce to jeden z punktów naświetlonych przez Komisję CQC.

– Dziewczyny, czy macie koleżanki pielęgniarki w swoich krajach, które chciałyby u nas pracować? Nasza firma oferuje wsparcie w relokacji. Zastanówcie się, popytajcie – takim akcentem zakończył spotkanie i każdy mógł wrócić do swojej pracy.


Ten dzień był dla mnie niezwykle męczący. Dużo się nauczyłam, w tempie przyspieszonym poznałam swoich rezydentów. Powinna mnie rozpierać duma, że poradziłam sobie w tak trudnej sytuacji. Nic takiego nie czułam. Oszukano mnie w kwestii wprowadzenia do pracy. Byłam zawiedziona i bezsilna. Może powinnam poszukać innej oferty? A co, jeżeli będzie to samo?


Po wyjściu z pracy skierowałam się w stronę ogrodzenia, przy którym rano zostawiłam swój rower. Jakaż niespodzianka, gdy zobaczyłam uśmiechniętego Arka! Czekał na mnie już pół godziny, bo musiałam jeszcze chwilę zostać i napisać dokumenty. Chłopak wrzucił niedopałka po papierosie do studzienki ściekowej i poszliśmy wolnym krokiem w stronę domu.


Po drodze zadzwoniłam na chwilę do mamy. W ostatnim czasie rozmawiałyśmy jedynie o dziadku. Dziadek umierał. Działo się to, czego się najbardziej obawiałam na emigracji. Że coś się stanie komuś z moich bliskich, a ja będę daleko, nie będę mogła w tym uczestniczyć. W wieku 90 lat dziadek zachorował na raka żołądka. Mimo że widziałam śmierć na co dzień w domu opieki, to nie potrafiłam sobie poradzić z tym, że mój ukochany dziadek umiera. Dziadek, który czytał mi swoje wiersze czy śpiewał „Brunetki, blondynki” nagle, przez chorobę, stracił całą swoją energię. A ja, pielęgniarka, nie mogłam się z tym pogodzić i ciągle żyłam złudną nadzieją, że wyzdrowieje. Przecież zawsze lekarze mu mówili, że ma zdrowie nastolatka.

– Paulinko, z dziadkiem jest już naprawdę bardzo źle – powiedziała mama.

Subskrybuj nasz blog, by być na bieżąco z nowymi wpisami.