Dziadek

Wpis autorstwa Pauliny Kubińskiej

Lato 2014

W moim rodzinnym domu w Starogardzie pachnie drożdżówką. Mama wie, że ją lubię i gdy przyjeżdżam, to zawsze ją piecze. Taki przyjazdowy rytuał. Jednak tym razem nie miałam apetytu. Ubrane na czarno postaci, domownicy, kręcili się wokół mnie, pocieszaliśmy się wzajemnie, wymieniając między sobą puste frazesy, ale i tak nikomu to nie pomagało, każdy miał wypisany na twarzy smutek.
Przyjechałam do Polski tylko na 3 dni. Najpierw, poprosiłam Krishnę, swojego szefa o urlop. Ten zaśmiał mi się w twarz.

– Nie dostaniesz teraz urlopu. Nie ma pielęgniarek – powiedział. Co mnie to obchodzi – pomyślałam. To, że nikt nie chciał przyjść do tego domu opieki, to nie mój problem. Po dwóch tygodniach pracy w nim wydawało mi się zupełnie zrozumiałe, dlaczego mieli taki problem z rekrutacją. Opiekunowie patrzyli na mnie i traktowali jakbym była co najmniej kosmitką z Marsa, przybyłą tu z niewiadomego powodu. Czy coś im się nie podobało w moim sposobie wysławiania się? Czy to, że nie przywykli jeszcze do nowej osoby, która wydaje im polecenia? Tym bardziej dziwnie było mi planować ich pracę i zadania, gdy widziałam, że akceptacja mojej osoby jako kierującej zespołem przychodziła im z trudem. Do tego nad tym wszystkim czuwał Hindus, który od czasu do czasu „przelatywał” po korytarzu jak ta zmora w horrorze, pokrzykując, pośpieszając pracowników i czepiając się byle czego. Nic dziwnego, że nie mieli pielęgniarek. O pielęgniarkę trudno, a pewnie większość się w trybie przyspieszonym zwalniała.

– Krishna. Zmarł mój dziadek. Daj mi wolne, choćby tylko parę dni na pogrzeb, proszę… – głos mi się załamał. Krishna spojrzał na mnie wnikliwie i w końcu się zgodził. Nie na urlop, a na poprzestawianie dyżurów w taki sposób, że mogłam pojechać.
Trzy dni. Miałam sama do siebie żal, że zbyt zaaferowana randkowaniem w sieci, przeprowadzką do innego miasta i nową pracą coś przeoczyłam. W rodzinnych stronach ostatnio byłam dość dawno, przez to nie zauważyłam, jak szybko postępuje choroba dziadka. Ostatni raz widziałam go jakieś 4 miesiące temu. Już było wiadomo, że ma raka, ale nikt wtedy nie myślał o tym, że umrze.
Dziadek umierał w bólu. Niestety, mam wrażenie, że w Polsce opieka paliatywna pozostawia jeszcze wiele do życzenia. Jedynie hospicja, do których tak ciężko się dostać, mają wykwalifikowaną kadrę pielęgniarską, która pomaga bezboleśnie i bez lęku przejść nieuleczalnie chorym pacjentom na drugą stronę. Hospicjum jednak dalej jest bardzo źle kojarzone w społeczeństwie, często określane słowem „umieralnia”.
Na pewnym etapie zaawansowania choroby lekarz zaproponował mojej babci, by oddała dziadka do hospicjum. Babcia, która również pracowała jako pielęgniarka, mimo iż opieka nad obłożnie chorym była bardzo ciężka i przekraczająca jej siły, nie wyobrażała sobie oddać męża do tej placówki.

– Przecież 60 lat temu przyrzekałam przed Bogiem, że go nie opuszczę aż do śmierci – odpowiedziała lekarzowi.
Gdy nadszedł czas pogrzebu, bardzo piekły mnie oczy od płaczu. Czułam się źle. Jestem pielęgniarką, osobą, która pomaga chorym, a nie mogłam pomóc bliskiej osobie. Za granicą opiekowałam się angielskimi staruszkami, którzy prawdopodobnie w jakiś sposób również odczuwali samotność, ale wiedziałam, że na co dzień są otoczeni dobrą opieką, a odchodzą z tego świata nie odczuwając bólu i lęku. To była moja rola, by o to zadbać.
A nie mogłam zadbać, by mój własny dziadek umierał w takich warunkach, bezboleśnie i bez lęku.
Dlatego tak rzewnie płynęły mi łzy. Bo byłam daleko, obwiniałam siebie za zbyt rzadkie przyjazdy do Polski i obwiniałam sytuację na rynku pracy, która zmuszała pielęgniarki do wyjazdów za godnym życiem. Tylko że czasem w tej pogodni za lepszym życiem zapominamy, co jest najważniejsze…

– Dobrze, że jesteś – starsza siostra objęła mnie ramieniem. Kochana, chciała pomóc, ale wywołało to we mnie jeszcze większy kryzys. Zaczęłam szlochać tak, że nie mogłam złapać oddechu. Popatrzyła na mnie, również czerwonymi od łez oczyma.

– To, że tu jesteś, jest symbolem. Jesteś daleko, a jednak gdy coś się dzieje, to możesz zawsze przyjechać i być tu z nami. Anglia nie jest aż tak daleko – powiedziała siostra i mnie przytuliła. I choć wiedziałam, że to nie jest do końca prawda, bo dzielą nas tysiące kilometrów, to zrobiło mi się trochę lżej na duszy.
Zawsze powtarzałam rodzinom podopiecznych, którzy odchodzili, że czas leczy rany. Wiedziałam, że moje też zaleczy. Dziadek już nie odczuwa bólu z powodu choroby, nie cierpi, o tym powinnam myśleć. A śmierć to dopiero początek, przejście na „drugi brzeg”. Mam nadzieję, że gdzieś tam, w innym świecie dziadek czyta swoje wiersze i śpiewa ulubione pieśni. Śmierć nie jest końcem. Dziadek na zawsze pozostanie w mojej pamięci.

Subskrybuj nasz blog, by być na bieżąco z nowymi wpisami.